(Nie)Sprawiedliwy

„Zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie: <<Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi>>.” (Łk 15, 1-2)

05.11.2015

Jezus pokazuje dzisiaj dwie postawy. Dwa typy ludzi, którzy przychodzą do Niego. Którzy słuchają Jego słów.

Pierwsi to celnicy i grzesznicy. Ci, którzy (na własne życzenie) zostali odrzuceni przez ludzi. Przychodzą by słuchać słów miłości. Pouczenia. I się nawrócić.

Ale są też faryzeusze. Sprawiedliwi, którzy nigdy nie przekroczyli prawa. Którzy znają Pisma i (przynajmniej teoretycznie) żyją tak, jak należy. Oni przychodzą do Jezusa. Przychodzą patrzą i słuchają. I krytykują.

I Jezus pyta mnie, gdzie jestem. W kim odnajduję siebie? Czy jestem jak celnicy, którzy słuchają Go by znaleźć życie? A może jak faryzeusze wszystko i wszystkich krytykuję? Bo przecież jestem sprawiedliwy.

Bo Jezus wie, że potrzebuję nawrócenia. Że jestem jak ta zagubiona owca, której on szuka. I z której się cieszy. Ale On chce bym był kimś więcej. Bym razem z Nim szukał innych owiec. Bym razem z Nim przetrząsną dom w poszukiwaniu zaginionej drachmy.

A jak mam tego dokonać? Nie mogę być jak faryzeusze. Nie mogę stawiać się nad innych. Wywyższać się, bo przecież ja postępuję sprawiedliwie.

Jezus sam daje przykład. On nie potępia grzeszników. Nie krytykuje ich. Nie wywyższa się. On ich przyjmuje. Jada z nimi. I rozmawia. On wychodzi do nich z miłością. Przyjmuje ich, by sami chcieli zmienić swoje życie.

I ja mam tak jak On postępować. Jezus chce bym tam gdzie jestem siadał i całym sobą ukazywał Boga. Bym tak jak On przyjmował tych, których tak łatwo odrzucam. Bym nie wywyższał się, bo też jestem grzesznikiem. I potrzebuję nawrócenia.

Jezus zaprasza mnie, bym razem z Nim wszedł między tych, którzy są odrzuceni. Którzy sami siebie odrzucają (często o tym nie wiedząc), a przez to odrzucają Boga. I Jego Słowo. Bym tak jak On przyciągnął ich do Ojca nie siłą, ale miłością.

Jezus pokazuje mi dwa typy ludzi. Którym z nich jestem?

Komora

„Odchodząc z Kafarnaum, Jezus ujrzał człowieka imieniem Mateusz, siedzącego w komorze celnej, i rzekł do niego: Pójdź za Mną! On wstał i poszedł za Nim.” (Mt 9, 9)

21.09.2015

Dla Jezusa nie ma straconej okazji. Nie ma sytuacji, której On by nie wykorzystał. By trafić do ludzkiego serca.

Tak jak za Mateuszem. Jezus już wychodził z Kafarnaum. Dokonał tam wszystkiego, co mógł dokonać. I szedł dalej. A jednak jeszcze na koniec spojrzał na Mateusza. Spojrzał na osobę najbardziej pogardzaną. Na tego, który kolaborował. Spojrzał i zawołał.

Bo Jezus przychodzi, nawet gdy się tego nie spodziewam. Przychodzi do mojego grzechu. Mojej komory celnej. I tam mnie szuka. I tam mnie woła. Po imieniu.

I to ode mnie zależy co z tym zrobię. Przecież mogę zamknąć się w swoim kantorku. Mogę udać, że niczego nie słyszałem. Że niczego nie widziałem. I odwrócić się od tego, który mnie woła.

Ale mogę, tak jak Mateusz, wstać i pójść. I doświadczyć tego co on. Spotkania z Panem, który przychodzi by szukać tych, którzy poginęli. Którzy się pogubili (chociaż sami nie zawsze to widzą).

I dlatego nie idzie do świątyni. Nie idzie do tych, którzy są blisko Boga. Którzy nie przekraczają Jego przykazań. On idzie do grzeszników. Do odrzuconych przez innych, by pokazać im, że można inaczej.

I mnie do tego zaprasza. Woła bym razem z Nim poszedł. Bym nie potępiał, ale przyjął. Bym usiadł do stołu z tymi, których wszyscy odrzucają. Których ja odrzucam. I tak łatwo potępiam.

Bo Jezus chce każdego wyciągnąć. On każdego woła, po imieniu, by wyszedł ze swojej komory. By stanął przy Nim i od niego czerpał. I chce bym wołał razem z Nim. Skoro już doświadczyłem uwolnienia. Skoro wyszedłem ze swojej komory.

A może nadal w niej tkwię?