Być kimś więcej

„Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim.” (Mt 4, 18-20)

30.11.2015

Jezus przechodzi koło mojego życia. Zbliża się, tak jak zbliżył się do Jeziora Galilejskiego. Tak jak wszedł do codzienności Piotra i Andrzeja. I mnie zaprasza.

Bo On widzi nie tylko to co robię w tej chwili. Nie tylko to, kim teraz jestem. On widzi więcej. On wie, kim mogę się stać gdy Mu zaufam. Gdy pójdę za Nim.

Piotr i Andrzej (a później także Jan i Jakub) skorzystali za zaproszenia. Zaufali słowom Jezusa i zaryzykowali. Natychmiast. Nie ociągali się, chociaż mieli swoje obowiązki. Nie ociągali się, bo zapragnęli być kimś więcej. Bo zapragnęli łowić nie tylko ryby.

Tak samo do mnie Jezus mówi. Przechodzi obok i woła: Pójdź za Mną. Zaprasza mnie bym zaryzykował. Bym tak jak apostołowie stał się kimś więcej. Bym się rozwinął.

Ale to ode mnie zależy co zrobię z tym wezwaniem. Czy rozpoznam Pana? Czy zaufam Jego słowom? A może zostanę przy swoim. Tam gdzie jestem. Bo tak łatwiej. Bo tak bezpieczniej.

Apostołowie poszli natychmiast. Zostawili wszystko i zaufali Panu. A ja często się migam. Często się tłumaczę, bo przecież mam swoje obowiązki. Bo przecież mam rodzinę. Muszę odpocząć. Mam jeszcze czas. Bo przecież się boję. Bo przecież… jest tyle innych wymówek.

I dlatego Jezus na początki adwentu stawia przede mną apostołów. Stawia tych, którzy zaufali. Którzy też się bali, ale nie ociągali się. Stawia i pokazuje, że to On dopełnia wszystko. Bo On widzi więcej. Ja muszę tylko Go rozpoznać i Mu zaufać.

I zareagować na Jego słowo. Natychmiast!

Ostrzeżenie

„Jezus powiedział: Czuwajcie i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym.: (Łk 21, 36)

29.11.2015

Na początku adwentu Jezus mnie ostrzega.  Ostrzega przed ospałością. Przed przywiązaniem do spraw codziennych. Przed marnowaniem swego czasu. Ale ostrzega też przed końcem. I mówi jak to będzie.

I nie robi tego by mnie przestraszyć, choć Jego słowa brzmią strasznie. Chociaż te obrazy mogą przerazić. On chce bym właśnie dzięki Jego słowom nabrał odwagi. Bym wyprostował się i podniósł głowę. I Go oczekiwał.

I dlatego wzywa mnie do modlitwy. Codziennej, w każdym czasie. Bo tylko tak nie przegapię czasu nawiedzenia. Tylko tak pozwolę Mu przemienić mój strach. Tylko tak stanę przed Synem Człowieczym.

Jezus mówi o końcu, ale mówi to po to, bym wiedział czego mam wypatrywać. Bym wiedział jak zachować się, gdy on nadejdzie. Jednak to ode mnie zależy co zrobię z Jego słowami. Ode mnie zależy czy Go posłucham.

A Jezus cały czas mnie ostrzega. I wzywa do adwentu, a więc czuwania. Ale adwent to nie tylko czas przed świętami Bożego Narodzenia. Muszę przeżywać go każdego dnia, bez wyjątku. Bo adwent to czas oczekiwania. Oczekiwania na przyjście Pana. Oczekiwania na odkupienie. Oczekiwania na Zwycięzcę śmierci.

Bo On na pewno przyjdzie. I na pewno będzie na czas!

Tylko czy ja o tym pamiętam?

 

Moje świadectwo

„Jezus powiedział: Podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą do królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa.” (Łk 21, 12- 13)

25.11.2015

Jezus wzywa mnie do świadectwa. Pomimo trudności. Pomimo problemów. Pomimo strachu. A właściwie dzięki nim.

Bo Jezus chce by to było jego świadectwo. Bym otworzył się na Jego Ducha i pozwolił Mu się kierować. Bym był gotowy, ale nie przygotowany. Przecież sam obiecuje: Ja bowiem dam wam wymowę i mądrość, której żaden z waszych prześladowców nie będzie się mógł oprzeć ani sprzeciwić. (Łk 21, 15)

On wie, że często brakuje mi argumentów. Że po ludzku, nie potrafię świadczyć. Boję się. A nawet nie chcę. Chcę by wszystko było po mojemu. Chcę mieć na wszystko gotową odpowiedź. Nawet na prześladowania.

Ale tak się nie da. Jezus wie, że ufając Jemu będę znienawidzony. Że przyjmując Jego punkt widzenia zostanę odrzucony, także przez najbliższych. Tak jak On. Ale chce, bym się tym nie przejmował. Bym trwał, nawet gdybym miał stracić wszystko: rodzinę, przyjaciół, pieniądze, a nawet życie.

Bo tylko tak ocalę to co najważniejsze. Życie. Ale nie to ziemskie (które jest tylko etapem), lecz życie wieczne (do którego zaprasza mnie Bóg). Tak żyli pierwsi chrześcijanie. Tak żyją współcześni męczennicy. A ja?

Jezus wzywa mnie do świadectwa. Wzywa, chociaż wie, że jest ono słabe. I często się go boję, bo boję się śmierci. Śmierci moich planów, mojego egoizmu moich relacji. Wzywa i sam daje siłę, tam gdzie ja niedomagam. Sam świadczy za mnie i we mnie. Ja muszę tylko zaufać i żyć tak, jak On tego uczy.

Tylko tyle… i aż tyle!

Zaufaj

„Gdy Jezus podniósł oczy, zobaczył, jak bogaci wrzucali swe ofiary do skarbony. Zobaczył też, jak uboga jakaś wdowa wrzuciła tam dwa pieniążki, i rzekł: Prawdziwie powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła więcej niż wszyscy inni.” (Łk 21, 1-3)

23.11.2015

Dziwna jest logika Jezusa. Zachowuje się tak, jakby nie umiał liczyć. A może nie chce umieć?

Bo Jezus przygląda się temu, co ludzie ofiarują na świątynię. Przygląda się i widzi ubogą wdowę. Widzi, jak wrzuca dwa pieniążki. Niewiele w zestawieniu z tym co wrzucają inni. Ale nie dla Niego.

Bo Bogu nie chodzi o ilość. Nie chodzi o to, bym prześcigał się w tym, ile to ja Bogu ofiarowałem. Ile czasu poświęciłem. Ile (zbywających mi) minut poświęciłem na modlitwę.

Bóg chce bym był jak ta wdowa. Bym zaufał Mu do końca. Bym dał Mu to co mam (nieważne ile tego będzie). Bo wdowa nie mogła dać więcej. Nie mogła bo nie miała. I dlatego dała najwięcej.

A ja? Ile tak naprawdę daję Bogu? Czy potrafię zaufać Mu bezgranicznie? A może łatwiej wydzielam Mu to, co mogę dać. Pozwalam Mu królować, ale tylko tam gdzie mi jest to wygodne.

Dziwna jest Boża logika. Całkiem inna od mojej. Bo On nie chce, bym szukał na siłę jak dać więcej od innych. Bym wyrzucał sobie, że dałem Mu za mało. On chce, bym dał Mu tyle ile mam. Bym dał mu swój brak czasu. Swój pośpiech. Swój niedostatek. Bym zaprosił Go do wszystkiego co robię.

I dlatego uboga wdowa staje się wzorem. Bo zaufała. I dała to co miała. Choć miała niewiele.

Prawda

„Piłat rzekł do Jezusa: <<Czy Ty jesteś Królem Żydowskim?>> Jezus odpowiedział: Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie? […] Piłat zatem powiedział do Niego: <<A więc jesteś królem?>> Odpowiedział Jezus:  Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu.” (J 18, 33b – 34. 37)

22.11.2015

Dziś Jezus obnaża prawdę o mnie. Obnaża prawdę o mojej wierze. O moim słuchaniu Jego słów. I świadectwie.

I dlatego pozwala żydom, by Go fałszywie oskarżali. Pozwala Piłatowi, by Go przesłuchiwał. Pozwala, by skazywał Go. By podważał Jego słowa. Bo Jezus świadczy o Prawdzie. Wskazuje gdzie jest Jego królestwo i jak bardzo ja o tym zapominam.

Bo królestwo Jezusa nie jest z tego świata. Nie jest, ale może być. Bo Jezus chce byśmy je wprowadzali. Ale nie siłą, lecz świadectwem. Tak jak On.

Jezus pokazał, że jest Królem. Królem, który za mnie oddaje życie. Który pozwala się poniżać, bo mnie kocha. I nie chce bym bił się za Niego. On chce bym, tak jak On, świadczył swoim życiem. Bym słuchał Jego słów i Go naśladował.

I dlatego przypomina, że królestwo Jego nie jest z tego świata. Bo ten świat uczy, by na zło odpowiadać złem. By na siłę odpowiadać siłą. Na krzyk, krzykiem. Na krew, krwią.

A Jezus chce bym działał inaczej. I dlatego Piotrowi w Getsemani kazał schować miecz. I dlatego uczył by nadstawiać drugi policzek. By kochać, także tych, którzy mnie nienawidzą. Bo to jest największa broń. Broń, którą On pokonał szatana. Którą On zwyciężył (choć mogło wydawać się inaczej)

Dziś Jezus obnaża prawdę o mnie, bo pokazuje, że nie słucham Jego słów. Słyszę je, ale nie wprowadzam w czyn. Słyszę, ale nimi nie żyję. I dlatego wciąż walczę. Wciąż próbuję oddać, gdy ktoś mnie zaatakuje. Wciąż wyciągam nową broń przeciw tym, którzy mnie ranią. Wciąż szukam nowych argumentów. Wciąż żyję zasadą: oko za oko.

A przecież On uczył inaczej.

I tak żył. I umarł. By zmartwychwstać!

Jaskinia

„Jezus wszedł do świątyni i zaczął wyrzucać sprzedających w niej. Mówił do nich: Napisane jest: <<Mój dom będzie domem modlitwy, a wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców>>.” (Łk 19, 45-46)

20.11.2015

Jezus wchodzi do świątyni. Wchodzi do świątyni, którą jest moje serce. Którą jest moje życie. A raczej, którą powinno być. Wchodzi by ją oczyścić.

Bo On wie, jak łatwo zagracam swoje serce. On widzi, że pozwalam by wszystko zajęło Jego miejsce. By wszystko co mnie otacza, przysłoniło mi Jego. I Jego słowo. I nie chce na to pozwolić.

Dziś Jezus wchodzi do świątyni, tak jak wszedł do niej w Jerozolimie. Wchodzi do swego domu. Wchodzi do domu Ojca. Bo Bóg chce mieszkać w moim sercu. On chce przebywać w moim życiu. I chce być w nim najważniejszy.

I dlatego mnie stworzył. I dlatego stworzył każdego z nas. I zaprosił, byśmy byli prawdziwą świątynią. Miejscem stałego przebywania Boga i domem modlitwy. Bo On chce bym, wszystko robił z Nim i w Jego imię. Bym powalał Mu przemieniać moje życie i niósł Go tam, gdzie przebywam. Bym stale stawiał Go na pierwszym miejscu.

Lecz ja robię ze swego życia jaskinię zbójców i wyrzucam Boga poza Jego dom. Nie pozwalam Mu działać i nie chcę Go słuchać. Stawiam w Jego miejscu siebie i niszczę to, co On zbudował. To, co On powołał do życia we mnie. Zabieram należną Mu chwałę i zastępuję swoją. Bo tak jest mi wygodniej.

I dlatego Jezus wchodzi i robi porządek. Wchodzi i wyrzuca to, co uczyniło z mego życia targowisko. Co każe mi handlować ze sobą, z innymi i z Nim. To, co odgrodziło mnie od Boga.

I robi to gwałtownie, bo inaczej się nie da.

Ale ja cały czas knuję. Jak arcykapłani czyham na Jego życie. Knuję, jak pozbyć się Go z moich planów. Jak zniszczyć to, co On proponuje. I dlatego upadam. I dlatego wciąż na nowo burzę w sobie świątynię. A odbudowuję jaskinię zbójców.

I będę tak robił dopóty, dopóki sam nie umrę. I nie pozwolę Bogu mnie wskrzesić!

Znaki

„Jezus powiedział: W owe dni, po tym ucisku, słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. […] A od drzewa figowego uczcie się przez podobieństwo! Kiedy już jego gałąź nabiera soków i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, że blisko jest we drzwiach. […] Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec.” (Mk 13, 24. 28-29. 32)

15.11.2015

Jezus kolejny raz mówi o końcu. Kolejny raz przygotowuje nas na to, co ma się wydarzyć. Na to, co poprzedzi Jego powtórne przyjście. I kolejny raz mówi trochę tajemniczo.

Bo Jezus nie zdradza szczegółów. Nie podaje dat, ani godzin. On pokazuje znaki, które mają zapowiadać koniec. I chce byśmy je rozpoznali.

I dlatego mówi o drzewie figowym. Mówi o znaku, który Izraelitom mówił o nadejściu lata. Oni potrafili go zrozumieć. Potrafili dojrzeć to, co zapowiadało zmianę pór roku.

Tak samo my teraz rozpoznajemy wiele znaków. Postęp techniczny sprawił, ze jest to łatwiejsze. Bardziej dostępne. I nie musimy już odwoływać się do mądrości ludowych (choć nadal chętnie to robimy).

Jednak nie potrafimy odczytywać znaków Bożej obecności. Nie potrafimy dostrzegać tego, co ma skłonić nas do zmiany życia. Do zmiany myślenia. Żyjemy tak, jakbyśmy mieli żyć wiecznie (i to na naszych warunkach).

A koniec może nadejść w każdej chwili. Może nas zaskoczyć, bez względu na to gdzie będziemy. Może zaskoczyć Ciebie i mnie. I co wtedy?

Czy będę gotowy i pójdę z podniesioną głową? Czy uwierzę słowom Jezusa, które przecież nie przeminą? A może wpadnę w panikę, bo przecież jeszcze tyle mam do zrobienia?

A Jezus chce bym był gotowy. I dlatego uczy mnie rozpoznawać znaki – zarówno te duże jak i te małe, codzienne. Bo On czeka na mnie w niebie. Czeka razem z aniołami, których pośle by zebrać swoich wybranych. I chce bym ja czekał na Niego. Na Jego powtórne przyjście.

Tak jak czekali pierwsi chrześcijanie. Tak jak czekają Ci, którzy są prześladowani na Bliskim Wschodzie. Bym podnosił głowę, bez względu na swoją sytuację. Bym nie bał się trudności, ale przemieniał swoje myślenie. Bym wpatrywał się w niebo i wypatrywał Syna Człowieczego. Bym codziennie Go wzywał. Bym czekał na przyjście Jego i Jego królestwa. Bym już teraz je wprowadzał tu, gdzie jestem.

I dlatego Jezus kolejny raz mówi o końcu świata. Ale mówi to nie po to, by mnie przestraszyć. On pragnie, bym sobie uświadomił, że ode mnie zależy jaki ten koniec będzie dla mnie. I dlatego mówi o znakach.

Tylko czy je odczytam?

Bez przerwy

„Jezus powiedział przypowieść o tym, że zawsze powinni się modlić i nie ustawać […] I dodał: Słuchajcie co niesprawiedliwy sędzia z przypowieści mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy niem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18, 1. 6-8)

14.11.2015

Jezus mówi przypowieść o modlitwie. O nieustannym trwaniu w Jego obecności. Mówi, by uświadomić mi, jak ważna jest ciągła z Nim relacja. Jak ważna jest wytrwałość. I jak wiele mogę bez tego stracić.

I dlatego pokazuje ubogą wdowę i niesprawiedliwego sędziego. Dwoje ludzi w pewnym sensie zależnych od siebie. Wdowa potrzebuje pomocy, której sędzia nie chce jej okazać. Nie chce, a jednak okazuje, bo wdowa nie ustaje w prośbach. Nieustannie jest przy nim i naprzykrza się. Aż do skutku.

Ona jest wzorem cierpliwości. Jest wzorem wytrwałości, bo kruszy w ten sposób serce sędziego, „który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi”.

A jaki ja jestem w modlitwie. Czy potrafię tak jak wdowa nieustannie trwać przy Panu (który w odróżnieniu od sędziego z przypowieści chce mego dobra)? A może poddaję się, gdy nie otrzymuję (pozornie) odpowiedzi?

I dlatego Jezus kolejny raz przypomina jak ważna jest nieustanna modlitwa. Nieustanna z Nim więź. Nie wypowiadane słowa. Nie godziny spędzone na kolanach. Ale prawdziwa więź.

Bo Mu nie chodzi o to, bym ciągle wypowiadał słowa. Bym ciągle powtarzał wyuczone formuły lub modlił się swoimi słowami. Jezus chce, bym przylgnął do Niego. Bym ciągle przebywał w Jego obecności (bez względu na okoliczności). Bym zapraszał Go do swojej codzienności. Bym pozwolił Mu przemieniać moje serce.

Przecież sam obiecał, że Duch Święty będzie się we mnie modlił. Że sam Bóg będzie dbał o tę relację. O tę łączność. Ja muszę tylko Mu na to pozwolić. On wykona resztę.

Tylko czy ja w to wierzę?

***

Dzisiejsza Ewangelia nabiera głębszego sensu w obliczu paryskiej tragedii. W obliczu zła, które wczoraj zatriumfowało. Bo Bóg cały czas chce to zło (i Złego) powstrzymywać. On chce reagować. Ale my Mu często nie pozwalamy (bo zapominamy o Nim).

Wielu Francuzów świadomie odrzuciło drogę Bożę. Zrezygnowali z tego, co On proponuje. I niestety w to miejsce (często nieświadomie) wpuścili Złego, który teraz chce ich zniszczyć.

I dlatego tak bardzo potrzebują modlitwy całego Kościoła. Potrzebują nieustannego wołania do Pana, bo tylko On może powstrzymać to co się tam dzieje. Tylko On może wszystko naprawić. My musimy Mu tylko zaufać!

Muszę umrzeć!

„Jezus powiedział: Jak działo się za dni Nowego, tak będzie również za dni Syna Człowieczego […] W owym dniu kto będzie na dachu, a jego rzeczy w mieszkaniu, niech nie schodzi, by je zebrać; a kto na polu, niech również nie wraca do siebie. Przypomnijcie sobie żonę Lota. Kto będzie się starał zachować swoje życie, straci je; a kto je straci, zachowa je.” (Łk 17, 26. 31-33)

13.11.2015

Dziś Jezus mówi o czasach ostatecznych. Przygotowuje nas na Swoje powtórne przyjście. I zapowiada, że zjawi się niepostrzeżenie.

I dlatego przypomina Noego i Lota. Pokazuje dwójkę, która przeżyła swoje „czasy ostateczne”. Przeżyła bo słuchała Boga. Bo uwierzyła w Jego słowa.

Noe budował arkę, chociaż inni się śmiali. Chociaż inni go nie rozumieli. Bo uwierzył, że będzie potop. Uwierzył, bo tak mu mówił Bóg.

Lot uciekł z Sodomy. Uciekł, bo ostrzegli go aniołowie. Mógł im nie wierzyć. Przecież inni żyli tak, jak wcześniej. A jednak zaryzykował.

Obaj stracili wszystko. Dobre imię. Przyjaciół. Cały swój dobytek. Ale zyskali życie. Ocaleli, bo uwierzyli.

A przecież tylu ludzi wokół nich nic sobie nie robiło z tego, o czym oni mówili. Nikt nie zastanawiał się nad przyszłością. Bo było tu i teraz. I tak miało być zawsze.

A Jezus przestrzega, że „tu i teraz” może skończyć się nagle. I co wtedy? Czy uda mi się ocalić? A może jak sąsiedzi Noego nie uwierzę? Albo jak żona Lota odwrócę się, tęskniąc za starym życiem?

Jezus mówi o dniach ostatecznych, ale daje wskazówki jak ich nie przegapić. Jak ujrzeć je, tak jak zrobili to Lot i Noe. Jak w swojej codzienności ich nie przegapić. I jak ich się nie bać.

A rozwiązanie jest proste: Mam umrzeć tu i teraz. Tylko tak ocalę swoje życie.

Mam przestać patrzeć tylko na siebie. Na swoje zachcianki. Swoje plany. Na to co mam (a czego nie). Mam patrzeć w przyszłość, czyli w zbawienie. Tam mam kierować swój wzrok. A także swoje kroki. Bez odwracania się wstecz. Bez zastanawiania się, co zostawiłem za sobą. Mam zaufać.

Bo tylko tak w pełni rozpoznam głos Pana. Tylko tak będę wiedział gdzie iść. Jak owca za pasterzem. Tylko tak odnajdę kierunek, jak sępy zlatujące się do padliny.

Jezus mówi o czasach ostatecznych. Ale wie, że mogę przygotować się do nich już teraz. Muszę tylko uwierzyć Jego słowu. I umrzeć… dla swojego egoizmu! I strachu.

Zaryzykuj

„Gdy Jezus wchodził do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i donośnym głosem zawołali: <<Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami!>> Na ich widok rzekł no nich: Idźcie, pokażcie się kapłanom! A gdy szli, zostali oczyszczeni. (Łk 17, 12 – 14)

11.11.2015

Jezus jest znowu w drodze. Cały czas przechodzi przez ścieżki ludzkiego życia. Idzie i naucza. Idzie i uzdrawia.

I w tej drodze spotykają Go trędowaci. Ludzie, którzy byli wykluczeni ze społeczeństwa. Którzy nie mogli się do nikogo zbliżać i czekali tylko na śmierć. Albo cud. I tego cudu się spodziewali.

Oni wiedzieli, że Jezus uzdrawia. Nawet do nich doszły nowiny o cudach, których dokonał. I dlatego wyszli mu naprzeciw. Wyszli i zawołali o pomoc.

A On kazał im iść do kapłanów. Po ludzku spławił ich. Zostawił ich z chorobą. Z problemami. I powiedział: Idźcie, pokażcie się kapłanom! Tym, którzy wykluczyli was poza społeczeństwo. Bo zgodnie z żydowskim prawem, tylko oni mogli stwierdzić czy ktoś jest zdrowy, czy nie.

Jak mogli poczuć się trędowaci? Jak ja poczułbym się w tej chwili? Przecież oni czekali na cud. Na konkretny gest. Konkretne działanie. A Jezus ich zostawił. Kazał im odejść.

I oni to zrobili. Zaufali słowom Jezusa. I poszli. Tak jak im kazał. I wtedy zdarzył się cud. Wszyscy zostali uzdrowieni. Tak jak prosili.

Bo Jezus chce bym na Jego słowo ryzykował. Bym jak trędowaci szedł, chociaż nie widzę sensu. Bym tak jak Piotr zarzucał sieci tam, gdzie wcześniej nic nie złowiłem. Bym zaufał, że Pan mnie nie oszuka. Nie zostawi.

A ja mimo wszystko ciągle czekam na konkretny znak. Na coś spektakularnego. Tu i teraz. I nie chcę ryzykować. I boję się zaufać. Boję się, że się wygłupię.

Bo przecież trędowaci mogli się wygłupić. Mogli dojść do Jerozolimy i od kapłanów dowiedzieć się, że wciąż nie są oczyszczeni. Mogli w drodze sami to rozpoznać. A jednak zaryzykowali. I poszli.

Dziś Jezus uzdrawia trędowatych. Uzdrawia i pokazuje, że wiara to zaufanie. Zaufanie w każde Jego słowo. Nawet gdy po ludzku może się ono wydawać niezrozumiałe. Nawet gdy w pierwszej chwili nie będę widział sensu, ani efektu.

Jezus chce bym tak jak oni ryzykował. Bo On mnie nigdy nie wystawi. Choć czasami tak może się wydawać.

***

Dziesięciu trędowatych zostało uzdrowionych. Ale tylko jeden z nich wrócił. Wrócił i podziękował. Wrócił i oddał Bogu chwałę. Za cud. Za uzdrowienie. Za wysłuchanie jego prośby. Wrócił, bo wiedział, że to było Bożym darem. Dla niego i jego dziewięciu towarzyszy.

Czy o tym pamiętam?