Domownicy

„Jezus przyszedłszy do swego miasta rodzinnego, nauczał ich w synagodze, tak że byli zdumieni i pytali: <<Skąd u Niego ta mądrość i cuda?>>”(Mt 13, 53)

31.07.2015

Jezus przyszedł do swego miasta. Przyszedł do swoich najbliższych, do ludzi, którzy dobrze Go znali. I których On znał. Przyszedł i nauczał.

Nie bał się, choć widział ich reakcje. Chociaż słyszał ich opinie, zdziwienie. Chociaż widział, jak oni Mu nie dowierzali. Jednak mimo wszystko nauczał. Nauczał, bo chciał przekazać im  Dobrą Nowinę. Bo chciał, by poznali Boże słowo.

I ja też staję przy najbliższych. Staję i… milknę. Nic nie mówię, bo się boję. Bo przecież mnie znają. Znają moje słabości i upadki. Bo przecież znam ich reakcję, którą tyle razy widziałem. Bo nie chcę ich urazić.

Łatwiej przychodzi mi świadczyć przed obcymi. Przed ludźmi, którzy mnie nie znają. Których ja nie znam. Wtedy się nie boję. Nie krępuję się. Nie szukam odpowiednich słów. Mówię tak, jak chce tego Pan. Prosto.

A Jezus pokazuje, że zawsze powinienem być gotowym do świadectwa. Zawsze powinienem mówić to co ważne. Jak najprościej. Nawet, gdy znam tych, z którymi rozmawiam. Nawet, gdy oni mnie znają i mogą nie dowierzać. Mam świadczyć. A resztę zostawić Bogu. I ich wierze.

Jezus przyszedł do swego miasta. Przyszedł do tych, którzy znali Go najlepiej. I został zlekceważony. Ale się nie poddał. Dalej nauczał. Bo ich kochał.

I ja mam tak jak On iść. I mówić o Jego miłości. I świadczyć, nawet jak mnie zlekceważą. Nawet, jak mi nie uwierzą, bo będą mnie znali. Mam mówić. Z miłością i z miłości.

Działanie

„Jezus odpowiedział Marcie: Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba <mało albo> tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona.” (Łk 10, 41-42)

29.07.2015

Jestem działaczem. Często chcę coś robić. Nie potrafię usiedzieć w miejscu i mam tysiąc pomysłów na sekundę. Jestem działaczem, często wbrew rozsądkowi. I wkurzam się, gdy coś mi nie wychodzi. Gdy muszę robić coś sam, bo inni nie czują tego co ja.

Jestem działaczem, tak jak Marta. Czasami na pokaz, bo lubię być chwalony. Czasami po to, by mieć tzw. święty spokój. A Jezus pokazuje, że nie tędy droga. Że nie na tym polega życie.

Dzisiaj zestawia dwie siostry. Martę i Marię. Pokazuje dwie drogi. Żadnej nie potępia, ale jedną wskazuje jako ważniejszą. Jezus pokazuje, że nie samym działaniem człowiek żyje. Nie tylko to, co na zewnątrz ma sens. Nie tylko to, co widać.

Maria usiadła i słuchała. Słuchała słów Pana z miłością. Nie przeszkadzało jej to, że Marta sama pracuje.Sama usługuje. Ale Martę to bolało. Czuła się zmęczona. Bo nie wkładała w to miłości. Pracowała, bo tak wypadało.

I dlatego Jezus ją skarcił. Nie zrobił jej wyrzutu, że pracuje, ale wskazał inną drogę.

I ja często potrzebuję takiego skarcenia. Bo działam. Robię wiele rzeczy, bo tak wypada. Bo ktoś to musi zrobić. Ale nie wkładam w to miłości. Wkładam w to tylko swoje nerwy. Swoje ja.

A Jezus dzisiaj pokazuje, że tylko działanie z Nim ma sens. Mogę zrobić wszystko, ale tylko z miłością. Mogę działać, ale najpierw muszę to działanie zakorzenić w Nim. Jak Maria.

Chwast

„Jezus odprawił tłumy i wrócił do domu. Tam przystąpili do Niego uczniowie i prosili Go: <<Wyjaśnij nam przypowieść o chwaście!>>” (Mt 13, 36)

28.07.2015

Dziś Jezus zaprasza mnie do domu. Zaprasza, bym tak jak uczniowie usiadł i słuchał. Bym prosił, a On wszystko mi wyjaśni.

Bo On chce bym rozumiał więcej. Nie chce bym zatrzymywał się tylko na powierzchni Jego słów. On chce bym je rozumiał. Całkowicie. Chce bym był synem królestwa, który wzrasta by jaśnieć jak słońce w królestwie Ojca swego. (Mt 13, 43a)

I dlatego tak jak uczniom wyjaśnia mi przypowieści. Pokazuje, że za tym co On mówi kryje się coś więcej. Tylko chce, bym prosił Go o wyjaśnienie. Bym sam chciał zagłębić się w Jego słowo. Bym chciał je poznać. I nim żyć.

Ale dzisiaj Jezus pokazuje mi jeszcze jedną prawdę. Ukazuje chwast i zboże. Ukazuje, Siewcę i Jego wroga. I uczy, że chwast będzie spalony. Ale w dniu sądu.

Bo Chrystus pozwala rosnąć wszystkim. Nie tylko tym, którzy Go wybrali. Nie tylko tym, którzy nigdy nie zwątpili. Wszystkim. Bo kocha nas wszystkich. I każdemu daje szansę. Ale to od nas zależy, czy będziemy pszenicą czy chwastem. Czy będziemy synami Boga, czy nieprzyjaciela.

Jezus zaprasza mnie, bym słuchał Jego słów. Bym dopytywał się, jak czegoś nie rozumiem. Bym zagłębiał się w to, co On mówi. Bo On chce bym wzrastał. By chwast mnie nie zagłuszył.

***

Jestem jak zagubiona drachma. Niby przebywam ciągle w domu, a jednak gdzieś ginę. I Bóg wielokrotnie musi mnie szukać. Jestem jak starszy syn, który ciągle był przy Ojcu. Nie odszedłem. Nie roztrwoniłem majątku Ojca. A jednak niewiele rozumiem z Jego słów. Niewiele z nich czerpię. Nie umiem Go naśladować. Codziennie. A On mnie do tego zaprasza. I wspomaga!

Ziarno

„Jezus powiedział: Posiane na ziemię żyzną oznacza tego, kto słucha słowa i rozumie je. On też wydaje plon: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny.” (Mt 13, 23)

24.07.2015

Dziś Jezus mówi mi o ziarnie. Jednak nie robi tego w przypowieści. Nic nie ukrywa, ale mówi wprost. Mówi tak, bym zrozumiał. Bez wątpliwości.

I daje do myślenia. Pokazuje jak mogę przyjąć Jego słowo. Jak je wysłuchać i co zrobić z nim dalej. I ostrzega. Bo wie, że nie zawsze to słowo przyjmuję. Nie zawsze wsłuchuję się w nie z należytą uwagą. Nie zawsze chcę je przyjąć.

I dlatego pokazuje cztery gleby. Cztery miejsca, gdzie pada ziarno. Cztery serca, które słuchają Jego słów. Pokazuje, by przypomnieć. By obudzić.

Bo tak często słucham Jego słów. Tak łatwo tłumaczę sobie, że jest dobrze, bo przecież codziennie spotykam się z Bogiem w Jego słowie. Ale nie uświadamiam sobie, że nie zawsze żyję Jego słowem. Nie zawsze pozwalam mu wzrosnąć i wydać plon.

Tak łatwo staję się jak miejsce skaliste. Z małą ilością ziemi. Pozwalam słowu wzrosnąć szybko, ale na krótko. Albo zagłuszam je swoją codziennością, z którą zmagam się sam. Tak jak na miejscu pełnym cierni.

A Jezus zaprasza mnie bym wydał plon. Bym stał się żyzną glebą, którą On będzie uprawiał. O którą On zadba. Bo sam nie dam rady. Sam zawsze coś zostawię i pozwolę rosnąć chwastom.

Dziś Jezus mówi o ziarnie. Mówi o słowie, które sieje. Czy przyjmę je i pozwolę by wydało plon?

Latorośl

„Jezus powiedział: Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który [go] uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy.” (J 15, 1-2)

23.07.2015

Jestem latoroślą. Bóg chce bym był zakorzeniony w Jezusie. Bym był w ciągłej łączności z Nim. A On daje mi życie. Daje mi siłę, na każdy dzień.

Jestem latoroślą, o którą dba Bóg. Sam nic nie mogę uczynić. Mogę tylko trwać. Reszta jest w Jego rękach.

I On pozwala mi wzrastać. Daje mi swoje łaski. Daje mi siebie i swoją troskę. Jak trzeba to oczyszcza, nawet jeśli czasami to boli. Bo chce bym przynosił jak najlepszy owoc. By moje życie było spełnieniem Jego planu. By było drogą do szczęścia.

Jestem latoroślą. Nawet jak się buntuję. Nawet jak nie chcę żyć w łączności z Chrystusem, to jestem latoroślą. Latoroślą, którą uprawia Bóg. I On pozwala mi rosnąć, nawet jak nie przynoszę owocu. Jak mój owoc jest zły. Bo wierzy, że kiedyś ten owoc przyniosę. I będzie On taki, jak należy.

I dlatego daje mi swoje słowo. Daje mi Kościół, a w nim sakramenty. Daje mi innych ludzi. Bo dba o mnie. Dba bym przyniósł jak najobfitszy owoc. Owoc miłości, którą Bóg we mnie zapisał. Którą ja mam się dzielić. Z rodziną. Z przyjaciółmi. Z ludźmi obcymi. A nawet nieprzyjaciółmi.

Jestem latoroślą, o którą dba Bóg. Ale to ode mnie zależy czy przyjmę Jego troskę. Mogę ją odrzucić. A wtedy spłonę. Na własne życzenie.

Intymność

„Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień odsunięty od grobu. […] Jezus rzekł do niej: Mario! A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: <<Rabbuni>>, to znaczy Nauczycielu!” (J 20, 1.16)

22.07.2015

Maria naprawdę kochała Jezusa. Była gotowa zarwać dla Niego noc. Była gotowa ryzykować. Kochała Go, a On kochał ją. I dlatego wywiązała się między nimi tak delikatna więź. Więź, w której jedno słowo wyrażało wszystko. Więź, w której sposób wypowiedzenia imienia zdradzał, kto mówi.

I mnie Jezus zaprasza do takiej relacji. On kocha mnie jak Marię. Chce do mnie mówić po imieniu. I to robi. Tylko ja nie zawsze Go rozumiem.

Jezus chce, bym tak jak Maria przybiegł do grobu. Z samego rana. Bym dla Niego zarywał swój odpoczynek. Bym był na to gotowy. Bym ryzykował. A On da mi się poznać. Pozwoli mi zobaczyć odsunięty kamień. I powie do mnie: Piotrze!

Jezus kocha mnie tak jak Marię. Kocha i woła mnie po imieniu. Bardzo intymnie. Bardzo indywidualnie. Tak jak woła tylko do mnie. Tak bym mógł Go rozpoznać. Bym mógł odpowiedzieć: Rabbuni.

Jezus mnie kocha. Chociaż zna moje słabości.  Ale czy ja potrafię kochać Go tak jak Maria? Czy tak jak ona potrafię wejść z Nim w tak osobistą relację? Relację, w której jedno słowo wystarczy. Gdzie jeden gest, będzie mówił o wszystkim.

Wszystko zależy ode mnie. Jezus czeka. Przy otwarty grobie.

Brat

„Jezus powiedział: Kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten Mi jest bratem, siostrą i matką.” (Mt 12, 50)

21.07.2015

Jezus chce nazywać mnie swoim bratem. Chce mnie tak traktować. Nie dyskredytuje przez to swej matki, swoich kuzynów. On podnosi moją godność. Czyni mnie swoim bratem.

I dlatego pozwala mi siedzieć wśród tłumu. Pozwala mi słuchać swoich słów. I mnie uczy jak mam żyć. Jak być naprawdę szczęśliwym. Jak dać szczęście innym. A dzisiaj przypomina.

Przypomina, że od słuchania mam przejść do czynów. Nie mogę tylko wysłuchać tego, co chce ode mnie Bóg. Ja mam działać. Tak jak Maryja.

Ona wysłuchała słów Boga. Wysłuchała anioła, który jej przyniósł te słowa. Ale nie poprzestała na tym. Nie zatrzymała tych słów dla siebie. Ona za nimi poszła. Wypełniła wolę Boga, chociaż się bała. I została matką Jezusa.

I ja mam tak jak Maryja wysłuchać Boga. Mam wsłuchać się w to, co On (w różny sposób) do mnie mówi. W to, czego On ode mnie oczekuje. Ale nie tylko wysłuchać. Mam wypełnić Jego słowo. Mam pójść za Jego wolą. We wszystkim. Pomimo strachu. Pomimo niepewności. By stać się bratem Chrystusa.

Bo On chce mnie nazywać swoim bratem. Chce bym był nim w rzeczywistości. Ale to ode mnie zależy, czy przyjmę tę godność. Czy spróbuję.

***

A Maryja pokazuje, że warto. Choć nie zawsze jest łatwo. I nie wszystko mogę zrozumieć. To warto, bo wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. (Łk 1, 49a) I On chce mi błogosławić. Tak jak Maryi.

Znak

„Wówczas rzekli do Jezusa niektórzy z uczonych w Piśmie i faryzeuszów: << Nauczycielu, chcielibyśmy jakiś znak widzieć od Ciebie>>. Lecz On im odpowiedział: Plemię przewrotne i wiarołomne żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku proroka Jonasza.” (Mt 12, 38-39)

20.07.2015

Żądam znaku. Tak jak faryzeusze żądam znaku. Znaku, który potwierdzi słowa Jezusa. Który utwierdzi mnie. I moją wiarę.

Żądam znaku, chociaż nie potrafię dostrzec tych, które dostaję. Chociaż ich nie rozumiem. I często nie chcę zrozumieć.

A Jezus mi odpowiada. Pokazuje, że przecież udowodnił swoje słowa. Że spełnił to, co powiedział. Tylko ja muszę to dojrzeć. Muszę zrozumieć.

I dlatego On mnie przestrzega. Przestrzega, bo nie wierzę Jego słowom. Nie wierzę w to, co On mówi i ciągle szukam znaków. I ciągle nie potrafię Mu zaufać.

A Jezus chce, bym się nawrócił, tak jak nawróciła się Niniwa. Chce bym, tak jak Królowa z Południa w głos Salomona, zasłuchał się w Jego słowa. Bym przylgnął do Niego.

A ja ciągle żądam znaku. Ciągle chcę, by Bóg udowadniał mi swoją moc. By potwierdzał swoje słowa. A On to zrobił. I wciąż robi…

Zrobił to zmartwychwstając. I robi to codziennie. W małych gestach. W innych osobach. W mojej codzienności. Tylko ja nie potrafię tego ujrzeć. I uwierzyć.

Żądam znaku. Nieustannie. Chociaż dostaję je codziennie!

Odpoczynek

„Apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali.” (Mk 6,30)

19.07.2015

Apostołowie wrócili do Jezusa. Wrócili z drogi, w którą ich wysłał. Wrócili i zdali mu relację. Opowiedzieli o wszystkim, chociaż On i tak wszystko już wiedział. Chociaż On znał ich serca i myśli. A On ich przyjął. I wysłuchał.

I mnie zachęca do tego bym przychodził. Bym Mu opowiadał o swoim dniu. O swoich zadaniach. Swoich sukcesach i porażkach. Swoich lękach, ale i odwadze. Jezus chce, bym przychodził do Niego ze wszystkim, co mnie dotyczy.

I bym odpoczął. Tak jak Apostołowie, do których rzekł: Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco! (Mk 6, 31a) Bym nabrał sił przed kolejnymi zadaniami. Przed kolejnym dniem.

Jezus chce, bym przychodził do Niego. Bym z Nim odpoczywał. Bym w Nim znalazł ukojenie. Bo mam do tego prawo. Bo to jest Jego dar dla mnie.

I ja mam z niego korzystać. Nie po to, by popaść w lenistwo. Nie po to, by zapomnieć o innych. Ale właśnie dla nich. Właśnie po to, by nabrać sił do pracy. Do bycia z rodziną i dla rodziny. Do niesienia innym Chrystusa. I Jego słów.

Jezus chce bym odpoczął, ale nie kosztem innych. Bym potrafił rezygnować z odpoczynku, gdy inni tego potrzebują. A wtedy On pozwoli mi doświadczyć cudów. Tak jak Apostołom, którzy doświadczyli rozmnożenia chleba.

Apostołowie wrócili do Jezusa. Zmęczeni. Być może odrzuceni. Wrócili, by odpocząć.

I ja mam do Niego wracać. Codziennie. By z Nim poskładać wszystko. I odpocząć.

Sługa

„Oto mój Sługa, którego wybrałem; Nie będzie się spierał ani krzyczał, i nikt nie usłyszy na ulicach Jego głosu. Trzciny zgniecionej nie złamie, ani knota tlejącego nie dogasi, aż zwycięsko sąd przeprowadzi.” (Mt 12, 18a, 19-20)

18.07.2015

Dziś Jezus ukazuje swoją pokorę. Pokazuje (za prorokiem Izajaszem), że jest pokornym Sługą. Że chociaż jest Panem, przychodzi jak Sługa. Przychodzi by służyć.

I dlatego się usunął. Dlatego nie wystąpił przeciw faryzeuszom. Bo wiedział, że ma inne zadanie. Bo wiedział, że nie nadszedł Jego czas.

On mógł zamknąć usta faryzeuszom jednym znakiem. Jednym słowem mógł udowodnić (niepodważalnie) to, że jest Bogiem. Mógł… ale tego nie zrobił. Bo przyszedł, aby służyć. I tak pokazał swoją boskość.

Jezus uczy mnie pokory, której tak często mi brakuje. Ja, gdy słyszę, że ktoś jest przeciw mnie, od razu się buntuję. Szukam sposobu jak się odegrać. Jak udowodnić swoją rację. Jak dobić tych, którzy są słabi.

Ale nie On. Bo za bardzo nas kocha. Bo chce ocalić każdego z nas. Bo chce ocalić mnie. I dlatego mam brać z Niego przykład. Tak jak On mam odsunąć się na bok i pozwolić, by złość minęła. By miłość wygrała.

Dziś Jezus pokazał swoją pokorę. Ten, który wyprowadza mnie z Egiptu (czasem w pośpiechu). Ten, który jest Panem i któremu mogę zaufać w każdej sytuacji. Ten, który ma nad wszystkim władzę, pokazuje, że jest pokornym sługą.

I chce mi służyć. Codziennie. Z miłością.