Swoi

„Jezus przyszedł do Nazaretu, gdzie się wychował. W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi i powstał aby czytać. […] Gdy skończył, oddał księgę słudze i usiadł; a oczy wszystkich w synagodze były w Nim utkwione. A wszyscy dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego. I mówili: <<Czy nie jest to syn Józefa?>> Wtedy rzekł do nich: Zaprawdę, powiadam wam: Żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie.” (Łk 4, 16. 20. 21-22. 24)

31.08.2015

Żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie. Żaden. Nie ważne czy jest to Jezus (który jest Bogiem), czy Eliasz. A tym bardziej ja (choć słaby ze mnie prorok).

Bo przecież moi mnie znają. Oni wiedzą co robię źle. Oni znają moje słabości. Oni wiedzą, jak mnie zagiąć. Jak podważyć moje słowa (nawet, gdy będą dla nich pełni podziwu).

I ja na tym często polegam. Bo nie wiem co powiedzieć. Nie wiem jak się zachować. Wycofuję się, by nie zaogniać sytuacji. Wycofuję się, bo nie chcę nikogo zranić. Nikogo dotknąć.

A Jezus uczy mnie, że nawet wśród swoich muszę być do końca szczery. Mam być gotowy świadczyć. A nawet wytknąć błędy, gdy zajdzie taka potrzeba. I nie chodzi o to, by na siłę iść na konfrontację (nawet Jezus wycofał się, gdy chcieli Go ukamienować).

Bo Bóg mnie posyła. On chce bym mówił o Nim innym. Najpierw swoim. Bym tak jak On wychodził i przemawiał. I świadczył. Ale najważniejsze bym robił to swoim życiem. By wskazać im, że warto pójść za Jezusem. Mimo moich błędów. Moich wad.

Żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie. Jednak każdy do niej idzie. Idzie bo troszczy się o swoich. Bo chce dać im to co ma najlepszego.

Czy i ja do tego dążę?

Szczerość

„Jezus przywołał tłum do siebie i rzekł do niego: Słuchajcie Mnie wszyscy, i zrozumiejcie! Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym.” (Mk 7, 14-15)

30.08.2015

Jezus znów wytyka mi brak szczerości. Znów uświadamia mi, że nie zawsze w swoim sercu potwierdzam to, co pokazuję na zewnątrz. Nie zawsze jest we mnie prawdziwa jedność, a mimo to udaję, że wszystko jest w porządku.

Bo tak często chcę być w porządku w oczach innych. Chcę wypaść jak najlepiej. Nie chcę nikogo zranić swoim słowem czy gestem.

A jednak to robię. Ale w swoim sercu. A jest to o wiele gorsze!

Ale nie tylko taką nieszczerość wytyka mi Jezus. Pokazuje, jak wiele jest we mnie fałszu w podejściu do świata. Jak łatwo ulegam fikcji, że to co mnie otacza może uczynić mnie nieczystym. Że dopiero w kontakcie ze światem popełnię grzech.

A to nie prawda. Jezus pokazuje, że moja nieczystość wychodzi ze mnie. Rodzi się ona w moim sercu i działa na zewnątrz. Może być odpowiedzią na świat, ale zawsze jest ze mnie.

Bo to moje serce czyni świat czystym lub nie. To moje myśli pozwalają mi budować dobro lub zło. Mogę udawać, że jest inaczej. Mogę oszukiwać nawet samego siebie, ale to na nic. Bo zło i dobro wypływa ze mnie. To jak odbieram świat i to co on proponuje może być złe, albo dobre. Nawet największe zło, które zobaczę, czy którego doświadczę mogę przekuć w dobro. Bo to w moim sercu rodzi się grzech. On nie wchodzi z zewnątrz, chociaż tak może się wydawać.

I dlatego Jezus wzywa mnie bym słuchał Jego słów. Ale nie tylko słuchał. Ja mam je zrozumieć. Ma starać się przyjąć je dokładnie takimi, jakimi są. Bo tylko wtedy pozwolę im we mnie działać. Pozwolę im zmieniać moje myślenie.

Bo Jezus chce bym był szczery. Szczery wobec siebie. Szczery wobec innych. Szczery wobec Niego. On chce bym budował świat pełen dobra. Ale najpierw muszę to dobro zbudować w sobie. W swoim sercu. Tylko tak, będę mógł epatować nim na zewnątrz.

I zacznę błogosławić tam, gdzie do tej pory grzeszę!

Odwaga

„Córka Herodiady prosiła Heroda: << Chcę, żebyś mi zaraz dał na misie głowę Jana Chrzciciela>>. A król bardzo się zasmucił, ale przez wzgląd na przysięgę i na biesiadników nie chciał jej odmówić. Zaraz też król posłał kata i polecił przynieść głowę Jana” (Mk 6, 25-27)

29.08.2015

Dwóch ludzi: Jan i Herod. Dwóch ludzi, których połączyła prawda. Jednak poróżniło podejście do niej.

Jan opowiedział się całkowicie za prawdą. Zaryzykował wiele, ale wiedział, że nie może zdradzić. Że nie może wyprzeć się wiary i prawdy. Choćby miał umrzeć.

Herod bał się prawdy. Bał się słów Jana, ale go słuchał. Bo wiedział, że mają sens. Że mogą coś zmienić. Jednak nic z tym nie zrobił.

Nie zrobił bo bardziej słuchał ludzi. Bał się, co inni powiedzą. Bał się odrzucenia. Opierał się ich namowom, ale do czasu. I dlatego zgładził Jana. Zgładził tego, którego słuchał. Ale nie wypełniał jego słów.

Dziś Bóg zestawia tych dwóch ludzi by pokazać mi jaką drogą mam iść. Jak mam zachować się wobec prawdy. Jak odpowiadać na Jego słowo. Jak nieść je innym.

Dziś Bóg pokazuje mi odwagę, której często mi brakuje. Stanowczość, która wypływa z miłości. Tak powinienem się zachować. Jak Jan, który dla prawdy stracił głowę. I to dosłownie.

A ja często zachowuję się jak Herod. Słucham słów prawdy. Wiem, że są warte tego, by je wypełnić. By nimi żyć. A jednak… chowam przed nimi głowę w piasek. Boję się zareagować, bo przecież inni patrzą. Boję się coś powiedzieć, by nie stracić tych, którzy są wokół mnie (lecz nie zawsze ze mną). A ich słowa są dla mnie ważniejsze. I dlatego się wycofuję.

A Bóg wzywa mnie bym odważnie poszedł za Jego słowem. Bym przylgnął do prawdy i dla niej żył. By się nie bał tego, co powiedzą inni, bo przecież On jest prawdą. I On mnie obroni. Sam przecież to obiecał: „A oto Ja czynię cię dzisiaj twierdzą warowną, kolumną żelazną i murem spiżowym przeciw całej ziemi, przeciw królom judzkim i ich przywódcom, ich kapłanom i ludowi tej ziemi. Będą walczyć przeciw tobie, ale nie zdołają cię zwyciężyć, gdyż Ja jestem z tobą – wyrocznia Pana – by cię ochraniać.” (Jr 1, 18-19)

I dlatego mogę odważnie stanąć po stronie prawdy. Bez względu na to co powiedzą inni. Jak Jan!

Czas

Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny.„(Mt 25, 13)

28.08.2015

Dziś Jezus przypomina mi o czasie. I o tym jak z niego korzystam. Pokazuje, że nie mogę zmarnować tego co otrzymałem.

I dlatego pokazuje mi 10 panien. Dziesięć kobiet (dziewczyn), które czekały na pana młodego. Czekały i posnęły.

I ja jestem trochę jak te panny. Czekam na Pana. Czekam, tak jak czekali uczniowie w ogrodzie Getsemani. Tak jak czekał Symeon. Czekam, ale czy jestem przygotowany?

Bo Pan nadejdzie, ale ja nie wiem kiedy. Przyjdzie, ale czy Go spotkam? A może będę jak pięć nieroztropnych panien, które nie wzięły oliwy do lampy? Które czekały, ale nie czuwały. Nie były gotowe.

Jezus przypomina mi jak mam żyć. Nie daje dzisiaj konkretnych wskazówek (robił to już wielokrotnie). Dzisiaj przypomina: Czuwaj! Uważaj, bo mogę przyjść w każdej chwili. I ja mam być na to gotowy.

Mam żyć tak, jakbym za pięć minut miał spotkać Pana. Mam Go rozpoznać. I przywitać. Ale równocześnie mam być gotowy na czekanie. Mam dbać, by nie zabrakło mi światła. Nigdy.

A światłem jest modlitwa. Jest nim codzienne spotkanie z Bogiem w Jego słowie. Moja relacja z Nim. Moja relacja z innymi. I to czy rozpoznam Go w innych.

Jezus przypomina mi o czasie. Pokazuje, że mam go dobrze wykorzystać. Że mam czuwać i dbać o światło. Bo tylko tak rozpoznam nadchodzącego Pana.

Potem będzie już za późno!

Nadmiar

„Na weselu w Kanie Galilejskiej stało sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Jezus rzekł do sług: Napełnijcie stągwie wodą! I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu! Oni zaś zanieśli” (J 2, 6-8)

26.08.2015

Gdy na weselu zabrakło wina Maryja to zauważyła. Zauważyła i zareagowała. Tak jak reaguje dzisiaj. Zareagowała, bo się o nas troszczy. I zwróciła się do syna.

A On, chociaż w pierwszej chwili odmówił, pomógł. Pomógł, bo prosiła Go o to Matka.

I dlatego kazał sługom napełnić stągwie. Sześć stągwi. Każda po około 100 litrów pojemności. A oni napełnili. Napełnili po brzegi. Napełnili, chociaż było to szaleństwem. Chociaż wiedzieli, że mogą się wygłupić. To jednak zaufali.

Bo Jezus chce byśmy Mu ufali. A wtedy da nam to, czego potrzebujemy. A nawet jeszcze więcej. Tak jak w Kanie Galilejskiej.

Tam nikt nie spodziewał się 600 litrów wina. To była, patrząc po ludzku, zbędna rozrzutność. Pewnie jedna stągiew by wystarczyła. A nawet i jej byłoby za dużo.

Ale wpierw słudzy musieli zaryzykować. Musieli pójść za głosem Jezusa. Musieli zrobić jeden (wcale niemały) gest. Ale gdy go zrobili zaczęło się dziać.

Woda stała się winem. I to nie byle jakim. Starosta był zachwycony. Wesele zostało uratowane. Radość przywrócona.

Bo Jezus chce dawać radość. Nie tylko jej namiastkę. On chce dawać pełnię radości. I dlatego daje więcej, niż oczekuję. Więcej, niż na to zasługuję.

Ja muszę tylko zaufać. I zaryzykować. Jak słudzy.

***

Dziś Jezus ukazuje mi także swoją Matkę. Pokazuje tę, której słowo ma dla Niego tak wielkie znaczenie. Która wstawia się za mną, gdy mi brakuje sił. Gdy brakuje radości.

I uczy: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie.” (J2, 5b) Bo wie, że to jedyna droga do pełni. I szczęścia. Prawdziwego.

Przecież sama nią przeszła.

Obłudnik

Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy! Bo dajecie dziesięcinę z mięty, kopru i kminku, lecz pomijacie to, co ważniejsze jest w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę. To zaś należało czynić, a tamtego nie opuszczać.” (Mt 23, 23)

25.08.2015

Jestem obłudnikiem. Dziś Jezus twardo uświadamia mi, że jestem obłudnikiem. Pokazuje, jak dużo we mnie fałszu. Jak wielkim jestem obłudnikiem. Obłudnikiem, który tak nazywa innych.

A tylko On może to robić. Bo tylko On zna serca. Zna moje serce i wie, ile w nim obłudy.

Jestem obłudnikiem, bo dbam o to, co zewnętrzne. Dbam często o drobny szczegół, który wychodzi na zewnątrz. O każdy grosz dziesięciny. O odpowiednią postawę na modlitwie. O piękne słowa. Ale nie dbam o serce. O intencje.

Jestem obłudnikiem. Jezus o tym wie, a jednak mnie przygarnia. Zaprasza, bym do Niego przychodził. Bym karmił się Nim. Jego słowem. Jego ciałem. Bym wpatrywał się w Niego. Bo chce mnie uzdrawiać.

Jestem obłudnikiem. Lecz Jezus uczy mnie co jest ważne. Uczy, jak zmieniać swoje serce. Jak dbać nie tylko o to co zewnętrzne. I mówi: Oczyść wpierw wnętrze kubka, żeby i zewnętrzna jego strona stała się czysta. (Mt 23, 26)

Wiem, że nie zrobię tego sam. Nie potrafię. I nie chcę potrafić. Bo tylko On zna moje serce. Zna je na wylot i wie, jak je zmienić.

Jestem obłudnikiem. Lecz Jezus może to zmienić. I to robi. Ja muszę Mu tylko pozwolić!

Zapłata

„Jezus opowiedział przypowieść: Królestwo niebieskie podobne jest do gospodarza, który wyszedł wczesnym rankiem, aby nająć robotników do swej winnicy. […] Gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: <<Zwołaj robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych!>> Przyszli najęci około jedenastej godziny i otrzymali po denarze. Gdy więc przyszli pierwsi, myśleli, że więcej dostaną; lecz i oni otrzymali po denarze. Wziąwszy go, szemrali przeciw gospodarzowi.” (Mt 20, 1. 8-11)

19.08.2015

Jezus wychodzi po mnie na rynek. Wychodzi i szuka, by mnie nająć. By zaprosić mnie do swojej winnicy. On chce bym jak robotnicy z winnicy poszedł. I pracował.

I bym nie patrzył na czas. Bo on nie ma znaczenia. Nie ma znaczenia ile pracuję. Bo Bóg chce mi wynagrodzić tak samo jak innym. Jak tym co są z Nim dłużej, ale i jak tym, którzy jeszcze Nim pogardzają.

I to mi się nie podoba. I to często wzbudza we mnie złość. Niezadowolenia. Bo jakim prawem? Dlaczego? Przecież ja wyrzekłem się więcej. Przecież ja dla Boga zrezygnowałem z większej ilości rzeczy. Poświęciłem więcej swego czasu.

Nie patrzę na to, że Bóg mnie zaprosił. I coś mi obiecał. Coś, na co ja przystałem. I dotrzymał słowa. I dotrzymuje je codziennie. Nie patrzę, bo nie rozumiem. Bo myślę tylko o sobie. I swoim zysku.

Jednak ta przypowieść to nie tylko moja relacja z Bogiem. To także moja codzienność. Moje relacje z innymi, a także moja praca i zapłata za nią. Zapłata, która nie zawsze mi się podoba. Która często wzbudza we mnie niechęć. Chociaż jest dokładnie taka, na jaką się umówiłem. Na jaką się zgodziłem.

Bo ja często chcę więcej. Patrzę na innych i zazdroszczę. Bo mają więcej. Mają lepiej. Chociaż ja mam tak, jak się umawiam. Jak się dogaduję. Na ile się godzę. A jednak zazdroszczę. I narzekam. Narzekam na pracę. Narzekam na zapłatę. Narzekam na sprawiedliwość.

A Jezus pokazuje, że nie dzieje mi się krzywda. Że On chce traktować mnie tak jak innych. Bez wyjątku. I mnie do tego zaprasza.

Jezus wychodzi po mnie i zaprasza do winnicy. I chce bym tam pracował. Z Nim. I dla Niego. By do Niego przyszedł – nieważne czy na cały dzień, czy tylko na ostatnią godzinę. I bym przyjął tych, którzy przyjdą później. Z miłością. I bez szemrania. Bo ich potraktuje tak jak mnie. Dokładnie. Bo tak samo nas kocha!

Pierwszy

„Jezus powiedział do swoich uczniów: Zaprawdę powiadam wam: Bogaty z trudnością wejdzie do królestwa niebieskiego. I dodał: Wielu zaś pierwszych będzie ostatnimi, a ostatnich pierwszymi.” (Mt 19, 23.30)

18.08.2015

Jezus nie potępia bogactwa. Nie uważa, za coś złego posiadania pieniędzy czy władzy. On tylko przed nimi przestrzega.

Jezus przypomina mi, że nie mogę się do niczego przywiązywać. Że nie mogę pokładać swojej ufności w tym co posiadam, albo w tym kim jestem czy jakie stanowisko pełnię. Nie mogę, bo nie wejdę do królestwa niebieskiego.

I dlatego, tak jak młodzieńcowi z wczorajszej Ewangelii, mówi mi: Idź, sprzedaj wszystko co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną! (Mt 19, 21) I dodaje: Każdy kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy. (Mt 19, 29)

Jezus chce bym osiągnął królestwo, ale wie, że nie zrobię tego będąc przywiązanym do tego świata. Nie muszę od razu zrezygnować z mieszkania, rodziny (przecież do niej zostałem powołany) czy pracy. Nie muszę odrzucać wszystkiego, co jest na tym świecie. Muszę tylko w tym wszystkim bardziej zaufać Bogu. Jego słowu. Muszę uwolnić się od tego, co mnie może zniewolić. Co zastawia na mnie pułapki.

A ja ciągle w nie wpadam. Ciągle martwię się o kolejny dzień. O pieniądze. O pracę. O to czy jestem wystarczająco dobry. Ciągle… chociaż staram się ufać Bogu. I wiem, że sam nigdy nie przestanę się martwić. Nigdy nie przestanę dążyć do sukcesu na tym świecie (w różnych dziedzinach). Nigdy.

Na szczęście to, co niemożliwe dla mnie, możliwe jest dla Boga. I dlatego mogę ufać, że z Nim osiągnę królestwo. Nawet, gdy ciągle będę wpadał w pułapki świata.

Muszę tylko zaufać bardziej Mu niż sobie. Tylko tyle. I aż tyle.

Żywy chleb

„Jezus powiedział: Ja jestem chlebem żywym, który zastąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata.” (J 6, 51)

16.08.2015

Dziś Jezus zaprasza mnie bym jadł chleb. On sam mi go daje, bo chce bym miał w sobie życie. Bym nigdy nie był głodny. On sam nim jest.

Jezus nie szuka porównań. Nie mówi w przypowieści. On mówi wprost. Konkretnie pokazuje mi, że jest chlebem. Że chce dawać mi się jako pokarm. Że chce bym Go tak traktował.

I dlatego daje mi szansę codziennie przyjmować komunię. Codziennie karmić się swoim ciałem. Codziennie karmić się chlebem. To dla mnie przemienia chleb. To dla mnie staje się chlebem.

Tylko ja nie do końca to rozumiem. Jak Żydzi dziwię się. Nie dowierzam. I dlatego nie idę codziennie na ucztę. I dlatego tak łatwo zatrzymuję się na cotygodniowej Eucharystii.

A Jezus wciąż mnie zaprasza. On chce dawać mi swoje ciało. Chce mnie karmić. Chce stać się dla mnie chlebem powszednim. Chlebem codziennym.

Bo Jezus chce bym miał w sobie życie. Nie tylko to fizyczne, ale przede wszystkim duchowe. I pokazuje, że to właśnie On jest żywym chlebem. Prawdziwym pokarmem dającym życie.

Tylko ja muszę w to uwierzyć. I przyjść do Niego. Najlepiej codziennie.

Małżeństwo = ciało

„Jezus odpowiedział faryzeuszom: Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku <<stworzył ich jako mężczyznę i kobietę? >> I rzekł: <<Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem.>> A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało.” (Mt 19, 4-6a)

14.08.2015

Dziś Jezus mówi o małżeństwie. Mówi rzeczy oczywiste, a jednak tak trudne do zrozumienia. Do zrealizowania.

Jezus porównuje małżeństwo do ciała. Pokazuje, ze Bóg stworzył mężczyznę i kobietę, aby tworzyli jedno ciało. I nie tylko w sferze najbardziej intymnej.

Jezus pokazuje, ze żona staje się ciałem męża i odwrotnie. Staje się z nim jednością, chociaż nadal pozostaje sobą. Chociaż nadal ma swoje ciało. Swoje myśli. Swoje pragnienia.

I ja o tym muszę pamiętać. Jako mąż muszę patrzeć na swoją żonę jak na swoje ciało. Jak na swoją drugą połówkę, bez której nie jestem pełny. Bo takim stworzył mnie Bóg.

Ale mam patrzeć na nią, nie egoistycznie. Nie tylko przez pryzmat moich pragnień. Moich planów. Moich żądań. Mam patrzeć na nią z miłością. I z tą miłością o nią się troszczyć. Jak o własne ciało.

Mam dbać o jej pragnienia. O jej potrzeby. Mam pomóc jej w realizowaniu jej planów. Mam się umniejszać. By ona mogła rosnąć. I odwrotnie.

Bóg stworzył nas jak dwoje ludzi. Ludzi, którzy mają swoje indywidualne cechy, zależne od wychowania, ale i od płci. Ludzi, którzy się różnią. Ale w tej różności mają tworzyć jedność. Jak Trójca Święta.

Bóg nas połączył. On nas wybrał i stworzył z nas jedno ciało. Jednego człowieka, który staje przed Nim. Który dopiero teraz jest pełny.

Jezus mówi o małżeństwie by przypomnieć, że za żonę odpowiadam jak za swoje ciało. Bo jest moim ciałem. By przypomnieć, że to co On złączył jest święte. I takie ma pozostać. Ja muszę tylko o tym pamiętać. I z żoną budować tę jedność.

Nie zapominając o Bogu. Bo dopiero z Nim tworzymy Trójcę.