On jest. I czeka!

„Jezus stanął przed niewiastami i rzekł: Witajcie! One podeszły do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. A Jezus rzekł do nich: Nie bójcie się! Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą.” (Mt 28, 9-10)

28.03.2016

Jezus przychodzi niespodziewanie. Przychodzi i po prostu się wita. Tak jak z niewiastami.

On stanął przed nimi, gdy były jeszcze w szoku. Gdy nie dowierzały temu co zobaczyły. I co usłyszały. Zaskoczył je, a one mimo to Go rozpoznały. Rozpoznały i padły Mu do nóg.

Tak samo przede mną Jezus staje. Codziennie. I codziennie mnie zaskakuje swoją obecnością. Codziennie daje mi nową szansę bym Go rozpoznał. Bym spotkał Go żyjącego.

Nawet jak nie jestem gotowy.

Bo On przychodzi. Przychodzi i po prostu się wita.

Bo Jezus jest wciąż obecny w moim życiu. On jest ciągle w ludziach wokół mnie, w różnych sytuacjach, w swoim słowie. Tylko ja nie zawsze Go dostrzegam. Nie zawsze Go rozpoznaję.

I dlatego kolejny raz przypomina, że mam szukać Go właśnie w mojej codzienności. W moich obowiązkach. W mojej rodzinie i przyjaciołach. Jezus tam jest. I cały czas tam mogę Go spotkać.

Nie muszę nigdzie jeździć, by Go znaleźć. Muszę tylko otworzyć swoje oczy. I swoje serce. Tak jak zrobiły to niewiasty.

One się Go nie spodziewały. Nie tam. I nie w tym momencie. A jednak były gotowe na to spotkanie. Ich serca rozpoznały Pana. I dlatego padły Mu do nóg.

I Go posłuchały. I poszły do uczniów. Poszły i ogłosiły, że Jezus żyje.

I takie jest moje zadanie. Jezus przychodzi do mojej codzienności. Trochę niespodziewanie. Trochę z zaskoczenia, ale zawsze w porę. Przychodzi i posyła mnie, bym głosił innym że On żyje. Że On jest. Cały czas. W naszej codzienności.

Nie muszę szukać Go po całym świecie. Nie muszę nigdzie wyjeżdżać. On jest tu gdzie ja. Tu gdzie moi bliscy. Tu gdzie moje radości i problemy. I na mnie czeka (nawet gdy się tego nie spodziewam).

Tak jak na apostołów.

 

 

Nie ma Go

„Piotr wybrał się i pobiegł do grobu; schyliwszy się ujrzał same tylko płótna. I wrócił do siebie, dziwiąc się temu, co się stało. „(Łk 24, 12)

27.03.2016

Pusty grób. Zaglądam i wciąż widzę pusty grób. Płótna i nic więcej.

Nie ma Go.

A przecież sam Go tam złożyłem. Sam oddałem Mu mój grób. A Go nie ma.

I wciąż widzę pusty grób. I się dziwię.

Dziwię się, bo wciąż szukam Jezusa nie tam gdzie trzeba. Nie tam gdzie On jest. Wciąż szukam go w moim grobie. Wciąż do niego zaglądam. Wciąż i wciąż.

A On zmartwychwstał. I nie powinienem się dziwić, bo sam to obiecał. Sam zapowiedział. I chociaż wciąż mi o tym przypomina, to ja się dziwię.

Bo Go nie ma. Nie ma Go w grobie do którego Go złożyłem. Wstał z niego. Wyszedł, razem z moimi grzechami.

Tylko ja nie potrafię w to uwierzyć. Wciąż na nowo szukam Go tam, gdzie Go nie ma. Tam gdzie Go być nie może, bo sam to obiecał.

Jezus zmartwychwstał! Nie ważne, czy w to wierzę. Nie ważne, czy to rozumiem. On wyszedł z grobu. Razem ze wszystkim co tam było. Z tym co mnie zniewala. Z moim grzechem. Wyszedł i żyje.

I dlatego mam szukać Go wśród żywych. Mam szukać Go w swoim życiu. Wśród ludzi, którzy są wokół mnie. W Jego słowie, które wciąż do mnie kieruje. W Jego obietnicach, które wciąż spełnia.

Bo On jest, ale właśnie tu. Tu gdzie jestem ja. Jest i żyje, bo sam to obiecał!

Cena

„Jeden z Dwunastu, imieniem Judasz Iskariota, udał się do arcykapłanów i rzekł: <<Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam>>. A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników.” (Mt 26, 14-15)

23.03.2016

Judasz zdradził Jezusa. Potraktował Go jak niewolnika. I sprzedał. Za trzydzieści srebrników. Sprzedał, bo czego innego się po Nim spodziewał.

Judasz nie miał skrupułów, bo liczył tylko na zysk. Nie ważne jaki. Oczekiwał, że dzięki Jezusowi będzie miał władzę. A gdy jej nie dostał poszedł do arcykapłanów. Od nich otrzymał przynajmniej pieniądze.

A Jezus o tym wiedział. Wiedział, że Judasz odwrócił się od Niego. Wiedział, że uczeń, którego nazywa przyjacielem, Go zdradził. A mimo to zaprosił go do stołu.

I ja jestem jak Judasz. Wiele razy zdradzam Jezusa. Odwracam się od Niego. Nie rozumiem Jego nauki i nawet nie próbuję zrozumieć. Odrzucam Jego słowa. I Go sprzedaję.

Tylko cena jest inna.

Komputer. Telewizja. Ocena innych. Postawienie na swoim. Strach przed porażką. Przed przyznaniem się do błędu, do swoich słabości. Brak zaufania.

Sprzedaję Jezusa, a On ciągle zaprasza mnie do stołu. Ciągle chce spożywać ze mną Paschę. I siada obok mnie, by zanurzać ze mną rękę w misie. Wciąż nazywa mnie przyjacielem i daje mi kolejną szansę.

Judasz zdradził Jezusa dla pieniędzy. Ja robię to z wielu innych powodów. Ale Jezus nie przestaje mnie kochać (tak jak do końca kochał Judasz). Nie odrzuca mnie, ale wciąż daje mi szansę.

I to ode mnie zależy, czy tak jak Piotr (który de facto też Go zdradził) z niej skorzystam, czy odwrócę się i jak Judasz się potępię.

Bo On mnie nie potępia!

Osiołek

„Gdy Jezus przyszedł w pobliże Betfage i Betanii, do góry zwanej Oliwną, wysłał dwóch spośród uczniów, mówiąc: Idźcie do wsi, która jest naprzeciwko, a wchodząc do niej, znajdziecie oślę uwiązane, którego nikt jeszcze nie dosiadał. Wysłani poszli i znaleźli wszystko tak jak im powiedział. A gdy odwiązywali oślę, zapytali ich jego właściciele: <<Czemu odwiązujecie oślę?>> Odpowiedzieli: <<Pan go potrzebuje>>. I przyprowadzili je do Jezusa, a zarzuciwszy na nie swe płaszcze, wsadzili na nie Jezusa.” (Łk 19, 29-30. 32-35)

20.03.2016

Jezus wybiera osła. Wybiera najbardziej pospolite zwierzę, by na nim wjechać do Jerozolimy. By na nim ukazać się jako król.

Mógł wybrać coś bardziej szlachetnego. Mógł, już w tym miejscu pokazać swój majestat. Swoją potęgę. A jednak wybrał osła. Zwierzę uparte.

I ja jestem podobny do tego osiołka. Często uparty. Nie chcę nikogo słuchać. A do tego zdarza mi się śmierdzieć – moim grzechem.

A mimo to Jezus mnie wybiera. Przychodzi i odwiązuje. Odrywa mnie od tego, co mnie zniewala. Daje mi wolność i chce bym niósł Go tam, gdzie On chce iść. Tam gdzie On chce oddać swoje życie. Za mnie. Za moją rodzinę. Za wszystkich ludzi. Gdzie On chce mnie uszlachetnić.

Ale Jezus zaprasza mnie także bym ogłaszał Jego królowanie. Bym wszystkim głosił Jego chwałę. Chwałę Króla, który ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi (Flp 2, 7). Króla, który nie zasłonił twarzy przed zniewagami i opluciem (Iz 50, 6b).

On wie, że mogę się od Niego odwrócić. On wie, że pewnie nie raz się Go zaprę – jak Piotr. Nie raz zdradzę – jak Judasz. A jednak mnie zaprasza. Zaprasza i daje siłę bym wytrwał. Bym podniósł się z każdego upadku.

Jezus mógł wybrać zwierzę szlachetne. Mógł wybrać osoby pewne, bez skazy. A jednak wybiera mnie. Niepewnego. Upartego. Osiołka.

Tylko czy ja potrafię być tym osiołkiem?

Moja droga do Boga

„Jezus powiedział: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje.” (Mt 16, 24)

12.03.2015

Właśnie wróciłem z Radykalnej Drogi Krzyżowej. Drogi na dystansie kilkudziesięciu kilometrów (w moim przypadku 30), nocą – na kształt krakowskiej EDK.

Przeżyłem rozważania, narastające zmęczenie, ból i chłód. Przeszedłem swój dystans w ciszy. Rozmawiając z Bogiem i walcząc z nawałą myśli.

A wszystko po to, by uświadomić sobie, że wybrałem nie tę drogę.

Bo moją drogą jest rodzina. To w niej mam nieść swój krzyż. Mam wspinać się na Kalwarię i tam umierać. Umierać, by ożywiać tych, których Bóg postawił w moim życiu: żonę i dzieci. Umierać, by samemu zmartwychwstać z Chrystusem.

Bo to w rodzinie mam znajdować Boga. To tutaj mam uczyć się miłości. To dla rodziny mam przyjmować krzyż. To dla niej, mam go wytrwale nieść. Pomimo upadków. Mam przyznawać się do słabości i przyjmować pomoc.

Bo Bóg postawił mnie w tej rodzinie z konkretnych powodów. Nawet jak ich jeszcze nie widzę, nie rozumiem, mam zaufać. Tak jak Chrystus. I razem z Nim mam nieść krzyż na Golgotę.

Dzisiaj przeszedłem RDK (dosłownie parę minut po 4 wróciłem do domu). Przeszedłem, pomimo zmęczenia. Przeszedłem i zakończyłem w domu. Zakończyłem, by znów zacząć.

Ale już inną drogę. Drogę, która nie trwa kilka godzin. Która może wymęczyć bardziej, niż ta nocna. Która może sprawić dużo większy ból, ale daje dużo więcej światła. Drogę, która prowadzi do śmierci. I zmartwychwstania. Do zbawienia.

I chcę nią iść. Dla żony i dzieci. I dla siebie.

Oczywiście z Jezusem!

(nie)Miłosierny ojciec

„Jezus opowiedział faryzeuszom przypowieść: Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy syn zabrawszy swoją część majątku, odjechał w daleki strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. Wtedy zastanowił się i rzekł: Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca.  A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go.” (Łk 15, 11. 13. 17. 20)

06.03.2016

Jezus pozwala mi na nowo spojrzeć na znaną przypowieść. Pozwala dojrzeć postawę, której sam muszę się uczyć.

Bo choć bez problemu odnajduję się zarówno w młodszym, jak i w starszym synu, to Jezus pokazuje mi dzisiaj ojca (a właściwie Ojca). Ukazuje, jak on zachowuje się w tej sytuacji.

Bo nie jest łatwo patrzeć jak dziecko odchodzi. Nie jest łatwo patrzeć, gdy popełnia błędy. Nie jest też łatwo pozwolić na ich konsekwencje. A ojciec to robi. Pozwala, bo szanuje jego wolność. Wie, że dziecko ma do tego prawo.

Ale jeszcze trudniej jest na nie czekać. Czekać,a później przyjąć wracające dziecko. Przyjąć i nie wypominać. Przyjąć i zapomnieć o ranie, którą dziecko zadało. O bólu. O złości.

A Ojciec tak właśnie robi. Przyjmuje syna. Przytula i nie wypomina błędów. Przytula i daje kolejną szansę. Bezwarunkowo.

I ja tego muszę się uczyć. Bo choć moje córki są jeszcze małe, to nie jeden raz przypominam im ich złe zachowanie. To trzymam w pamięci sytuacje, gdy mnie nie posłuchały. Gdy zawiodły pokładane (już) w nich zaufanie.

Ale Ojciec idzie krok dalej. Nie skupia się tylko na wracającym synu. Rozmawia i tłumaczy, gdy starszy syn nie rozumie jego postawy. I pozwala mu na chwile słabości. I go przytula (choć nie dosłownie). I daje mu kolejną szansę, mówiąc: Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy.

Dziś Jezus mówi znaną przypowieść. Jednak pozwala mi spojrzeć na nią inaczej. Pozwala mi ujrzeć, że nie jestem już tylko synem. Jestem ojcem. I mam uczyć się od Ojca. I Go naśladować.

Droga do Boga

„Jezus powiedział przypowieść: Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: <<Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik.>>” (Łk 18, 10-11)

05.03.2016

Jezus wie, że łatwo zapominam Jego słowa. Wie, że często Go słucham, ale nic z tym nie robię. I dlatego kolejny raz przypomina mi tę przypowieść.

Bo Jezus pokazuje, że wciąż jestem jak faryzeusz. Modlę się. Dbam o relację z Bogiem. Ale nie jestem pokorny. Nie umiem kochać. Nie umiem przyznać się do swoich grzechów.

Tylko widzę je u innych. Oceniam. Przekreślam. Wywyższam się, bo przecież inni są gorsi ode mnie. Bo przecież moje grzechy są niczym wobec ich grzechów (których de facto nie znam).

A Jezus przypomina, że nie tędy droga. Nie o to Mu chodzi. On nie chce bym był sprawiedliwy, jeśli gardzę innymi. Nie chce by moja doskonałość (do której mi daleko, sic!) przysłoniła mi drugiego człowieka.

Bo wcale nie jestem lepszy od mego brata, mojej siostry, moich rodziców, żony, przyjaciół czy wrogów. Nawet od mijanego na ulicy pijaka czy pokazywanego w telewizji oszusta. Być może jestem nawet gorszy. Ale nie chcę się do tego przyznać.

A Jezus chce, bym zrozumiał swój grzech. Bym spojrzał na Niego i powiedział za celnikiem : „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!” (Łk 18, 13b) Bym w pokorze przyznał się do swoich błędów, wad. I w konsekwencji je odrzucił.

To jest jedyna droga do Boga. Nie sprawiedliwość. Nawet nie zwiększona ilość postów i modlitw. Ale pokora. I świadomość własnych grzechów.

Tego uczy Jezus. I to mi wciąż przypomina.

Ale ja nie umiem tego zrozumieć…

***

Boże naucz mnie widzieć mój grzech. Rozpoznać go i oddać Tobie. Naucz mnie, bym zawsze w prawdzie i pokorze stawał prze Tobą. Bym nie zasłaniał się swoją pseudo-doskonałością. I pomóż zobaczyć Ciebie w drugim człowieku. W tym, którego tak łatwo przekreślam i którym tak łatwo pogardzam. Amen.

Ukrzyżowana miłość

„Jezus powiedział: To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak ja was umiłowałem.” (J 15, 12)

04.03.2016

Jezus mówi o miłości. Mówi i ją pokazuje. Sam daje jej przykład.

I nie chodzi Mu o uczucie. Nie chodzi Mu o coś, co szybko ulatuje. On mówi o konkretach. Mówi o decyzji, którą mamy podjąć. Tak jak On.

Bo miłość o której mówi Jezus jest ofiarą. Jest gotowością do rezygnacji z siebie. Do poświęcenia, tak jak zrobił to Jezus. On umarł za nas. Wystawił się na pośmiewisko. Pozwolił by Go ogołocono, opluto, a w końcu zabito. Bo nas ukochał. Bo mnie ukochał.

I do tego wzywa każdego z nas. Do tego wzywa mnie.

Jezus chce bym kochał tak jak On. Bez skowronków. Bez uniesień. Ale całym sobą.

Mam tak jak On być gotowym do rezygnacji z siebie. Do poświęcenia swego ja w imię miłości. Do utraty swego czasu, swego odpoczynku, swoich pomysłów.

I mam tak kochać każdego. Nie tylko tych najbliższych. Nie tylko tych, którzy mnie kochają. Ale także tych, którzy mnie odrzucają. Bo i On umarł za tych, którzy Go zdradzili i zabili.

Jezus mówi o miłości. Daje swoje przykazanie i chce byśmy Go naśladowali, bo to On nas wybrał. Wybrał i przeznaczył, abyśmy szli i owoc przynosili, i by owoc nasz trwał. (J 15,16) Wybrał i jest cały czas z nami. Tak jak Ojciec jest z Nim. I tylko od nas zależy co z tym zrobimy. Tylko ode mnie zależy, czy pójdę za Jego głosem i pozwolę Mu działać.

Mogę to odrzucić. Mogę żyć po swojemu (i wiele razy tak robię). Mogę nawet kochać po swojemu: bez wyrzeczeń. Ale to wszystko będzie ulotne. Chwilowe. Nawet jak będzie trwało wiele lat.

A Jezus mówi o miłości, która nie przemija. I która daje prawdziwą i pełną radość. Bo nie pochodzącą od nas. Radość, która swoje źródło ma w Bogu. W Jego miłości, która trwa w Jezusie Chrystusie.

Jezus mówi o miłości. Miłości ukrzyżowanej, bo wie co to znaczy.

Ja dopiero się uczę.

Jedność

„Jezus powiedział: Każde królestwo wewnętrznie skłócone pustoszeje i dom na dom się wali. […] Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie; a kto nie zbiera ze Mną, rozprasza.” (Łk 11, 17. 23)

03.03.2016

Jezus wzywa mnie do jedności. Do jedności wewnątrz mojego „ja”. Wewnątrz mojego życia. Do jedności moich pragnień, myśli, słów i czynów.

Bo jeśli tu brakuje jedności staję się łatwym łupem dla szatana. Jeśli inaczej mówię, a inaczej robię moje życie staje się mętne. Niespójne. I sam wystawiam się na ataki złego.

A on to wykorzystuje. Tak może mnie łatwiej złamać. I zabrać moją godność. Moją tożsamość. Moje życie.

I dlatego Jezus mówi jedności. Pokazuje, że tylko królestwo zjednoczone może się utrzymać. Tylko gdy we mnie będzie zgoda nie ulegnę pokusie. Nie ulegnę ojcu kłamstwa.

Ale mam też dbać o jedność z Jezusem. Mam trwać w Jego nauce. Mam postępować tak jak On. Mam iść za Nim całym sobą. Mam słuchać Go we wszystkim i trwać w Jego Kościele. I tak jak On wypełnić prawo swoim życiem.

Tylko tak stanę się w pełni sobą. Tylko tak wzmocnię się by nie ulec szatanowi. Bo już nie będę sam. Nie będę stawał do nierównej walki: z mocniejszym ode mnie. Będzie ze mną Jezus, a On ma władzę nad całym światem. Także (a może przede wszystkim) nad szatanem.

Jezus wypędza złe duchy. Pokonuje szatana, a ten broniąc się próbuje mieszać. Próbuje rozbić jedność. Próbuje zafałszować prawdę.

I dlatego Jezus przypomina, że tylko zjednoczone królestwo wytrwa. Bo w nim zawsze znajdzie się ktoś, kto wzmocni. Kto wytrwa do końca gdy walka będzie wydawać się przegrana.

Tym kimś jest Chrystus. I dlatego mam iść z Nim. Mam z Nim pracować. I z Nim zbierać.

Inaczej będę rozpraszał.

Przebaczenie

„Jezus powiedział przypowieść: Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który chciał się rozliczyć ze swymi sługami. Gdy zaczął się rozliczać, przyprowadzono mu jednego, który mu był winien dziesięć tysięcy talentów. Wtedy sługa upadł przed nim i prosił go: <<Panie, miej cierpliwość nade mną, a oddam tobie>>. Pan ulitował się nad tym sługą, uwolnił go i dług mu darował.” (Mt 18, 23-24. 26-27)

01.03.2016

Bóg chce mi przebaczać!

Chce darować mój dług.  Moje przewinienia. Mój grzech. Nie ważne jak wielki on będzie. On chce mi przebaczać. I dlatego zaprasza mnie do konfesjonału. I tam wszystko mi przebacza, gdy Go o to poproszę.

Ale Bóg chce też bym ja przebaczył tym, którzy mi zawinią. Tym, którzy mnie zranią. Okłamią. I dlatego, gdy Piotr pyta ile razy ma przebaczać, Jezus odpowiada: Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy. (Mt 18, 22)

Mam przebaczać non stop. Tak jak Bóg przebacza mi. Nie może być sytuacji, której nie przebaczę. Nie może być osoby, do której będę trzymał urazę. Mam przebaczać. Każdą ranę. Każde kłamstwo. Każde przewinienie.

Bo one są niczym wobec moich win. One są niczym wobec tego, co przebacza mi Bóg. Wobec mojego długu.

Ja swego długu wobec Boga nie jestem w stanie spłacić. Nigdy. Oni swój, wobec mnie, mogą. Ale ja mam go darować.

Bo tak uczy Jezus: Darowałem ci cały ten dług, ponieważ mnie prosiłeś. Czyż więc i ty nie powinieneś był ulitować się nad swoim współsługą, jak ja ulitowałem się nad tobą? (Mt 18, 32-33)

Nie ma takiej winy, której Miłosierny Bóg by mi nie przebaczył.

I dlatego nie może być winy, której ja nie przebaczę innym.

Inaczej sam wtrącę się do więzienia. Do miejsca, gdzie już nie będzie przebaczenia. Gdzie już nie będzie szans. Zatruję swoje życie i nie pozwolę Bogu na działanie.

Bóg chce mi przebaczać. Ale chce też, bym ja przebaczał innym.

I mnie do tego wzywa. Codziennie.