On czuwa!

„Jezus rzekł do uczniów: Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary? Potem wstał, rozkazał wichrom i jezioru, i nastała głęboka cisza.” (Mt 8, 26)

30.06.2015

Słaba jest moja wiara. Boję się zaufać. Boję się, gdy w moim życiu pojawia się burza. Boję się… choć nie mam czego.

A Jezus pokazuje, że On nad wszystkim czuwa. Nawet, gdy mi wydaje się inaczej. Nawet, gdy ja tego nie dostrzegam. On jest.

Bo On jest Bogiem. Obiecanym przez ojca mesjaszem. On jest przewodnikiem i dlatego chce mnie prowadzić. I dlatego ucisza wszystkie burze w moim życiu.

Tylko czeka aż sam to zauważę. Aż sam zrozumiem, że bez Niego sobie nie poradzę. Bo tylko wtedy może naprawdę mi pomóc. Bo tylko wtedy ja potrafię przyznać się do swoich słabości.

Słaba jest moja wiara. Jezus o tym wie, ale i tak zaprasza mnie. Zaprasza bym wypłyną z Nim na jezioro. Bym zaryzykował, pomimo strachu.

Bo On czuwa!

Mesjasz

„Jezus zapytał uczniów: A wy za kogo Mnie uważacie? Odpowiedział Szymon Piotr: <<Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego>>.” (Mt 16, 15-16)

29.06.2015

Piotr był pewien. On nie potrzebował innych znaków. On wiedział. Wiedział za kim poszedł. I dlatego odważnie powiedział: „Ty jesteś Mesjasz!”

Piotr wiedział, chociaż się zaparł. Wiedział i dlatego zapłakał.

A ja? Czy naprawdę potrafię za nim powtórzyć do Jezusa: Ty jesteś Mesjaszem. Pomazańcem Bożym. Czy ja w to wierzę? Czy ja to przyjmuję?

Chciałbym powiedzieć, że tak. Chciałbym, aby to była prawda. Ale tak nie jest. Nie zawsze w to wierzę. Nie zawsze to przyjmuję. Nie zawsze żyję w tej prawdzie.

Bo gdybym żył, to bym nie szukał swoich sposobów na życie. Nie marnowałbym czasu na swoje plany. Na swoje pomysły. Bym szedł w ciemno za słowami Jezusa. Bo bym wiedział, że On najlepiej wie co jest dla mnie dobre. Gdzie mam iść i po co?

Piotr był pewien, a i tak miał momenty zwątpienia. A i tak przegrywał ze swoimi słabościami. Ale wiedział, gdzie może wrócić. Wiedział, że tylko Jezus ma słowa życia wiecznego. I mnie tego uczy.

I dlatego jest skałą. Opoką, na której Bóg zbudował Kościół. Opoką, bo zaufał nie sobie, a Bogu. Bo wiedział, że sam nic nie może. Bo zrozumiał, że tylko Jezus może nas zbawić. Że tylko On jest Pomazańcem Bożym. Mesjaszem.

Dziś Jezus mnie pyta: Za kogo Mnie uważasz? A ja za Piotrem odpowiadam: Za Mesjasza! Choć sam tego nie rozumiem. Ale wiem, że On mi to wyjaśni. I pozwoli zrozumieć!

Wierz tylko

„Jezus rzekł do uzdrowionej kobiety: Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości! Gdy On jeszcze mówił, przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: <<Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela?>> Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożonemu synagogi: Nie bój się wierz tylko!” (Mk 5, 34-36)

28.06.2015

Dziś Jezus pokazuje dwie różne, ale bardzo powiązane sytuacje. Dwoje ludzi, którzy zaryzykowali. Zaryzykowali i przyszli do Jezusa.

Pierwszy był Jair. Przełożony synagogi, którego córka umierała. On wiedział, że jedyną jego szansą jest Jezus. Że tylko On może mu pomóc. I zaryzykował. Pomimo tłumu.

Ten sam tłum nie powstrzymał też kobiety cierpiącej na krwotok. Chorobę (pięknie nazwaną przez o. Szustaka „niedotyk”), która sprawiała, że kobieta była rytualnie nieczysta. I to od dwunastu lat. Chorobę, której nie mogli pokonać najlepsi lekarze.

Kobieta przyszła do Jezusa, choć wiedziała, że nie może się do nikogo zbliżać. Przyszła od tyłu, między tłumem, i dotknęła się Jego płaszcza. (Mk 5, 27). Przyszła bo uwierzyła.

I Jezus ją uzdrowił. Jego moc zadziałała w tym jednym dotyku. W tym geście wiary. Jezus ją przyjął. Przestraszoną, ale uzdrowioną. Znalazł dla niej czas, chociaż szedł do Jaira. Szedł, by uzdrowić jego córkę. Ale nie zdążył.

Jair zawierzył Jezusowi. Zaufał, że uzdrowi On jego dziecko. A w zamian otrzymał śmierć. Jezus za późno doszedł do domu przełożonego synagogi i jego córka umarła. Ale nie dla Boga. Bo dla Niego tylko zasnęła, a On ją zbudził.

Jezus pokazuje, że dla Boga nie ma nic niemożliwego. On nawet gdy przychodzi po ludzku za późno, jest zawsze na czas. Nawet gdy nie widzimy dla siebie ratunku, On może pomóc. Nawet gdy umiera w nas resztka nadziei, On może pomóc.

My musimy tylko uwierzyć. Ja muszę tylko uwierzyć. Przełamać swój strach i pójść za Jezusem. Pokonać swoje lęki i wejść w tłum. I przecisnąć się. I resztką sił uchwycić się Jego płaszcza. Nawet gdy nie widzę sensu.

Jezus pokazuje, że żyć prawdziwie to wierzyć. Nawet gdy wydaje mi się to niemożliwe. Nawet gdy inni mi przeszkadzają. Tylko tak przełamię swój strach. Swoją niepewność.

I będę uzdrowiony!

Wiara

„Jezus rzekł do setnika: Idź, niech ci się stanie, jak uwierzyłeś. I o tej godzinie jego sługa odzyskał zdrowie.” (Mt 8, 13)

27.06.2015

Setnik przyszedł do Jezusa. Poganin przyszedł do Mesjasza i prosił Go o cud. Przyszedł, bo potrzebował pomocy. Przyszedł, bo wiedział, że tylko Jezus może mu pomóc. Tylko Jezus może uzdrowić jego sługę. Może wyrwać go z paraliżu. Z niemocy, pomimo pełnej świadomości.

I Jezus zareagował. Odpowiedział na prośbę setnika, tak jak odpowiadał wielu innym ludziom, mówiąc: Przyjdę i uzdrowię go. (Mt 8, 7b) Chciał iść, bo widział wiarę setnika.

A setnik zaskoczył wszystkich (także Jezusa). Pokazał, że prawdziwa wiara wychodzi ponad utarte schematy, przełamuje nasze myślenie. „Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale powiedz tylko słowo, a mój sługa odzyska zdrowie.” (Mt 8, 8) Zaufał, że Bóg może wszystko. Że wystarczy jedno Jego słowo. Że nie musi widzieć cudu osobiście, by on się stał.

I ja przychodzę do Jezusa. Przychodzę i proszę o wyrwanie z paraliżu. O zabranie mojej niemocy. O zabranie niemocy w mojej rodzinie. W moim życiu. Przychodzę i czekam… aż Jezus przyjdzie i osobiście wszystko zmieni. Na moich oczach dokona cudu. I czekam… bez wiary.

Nie wierzę w Jego słowo. Nie ufam, że jedno wystarczy, by wszystko zmienić. Potrzebuję gestów. Namacalnych. Gestów, które są dla mnie jak asekuracja. Bez nich, nie potrafię uwierzyć.

I Jezus chce ich dokonywać, dla mnie. On chce wyrwać mnie z mego paraliżu. Chce, lecz czeka na moją wiarę. Czeka, aż odważę się zaryzykować. Bo setnik ryzykował. Ryzykował, ze straci sługę. Ryzykował, że utraci cud. Ryzykował, że ludzie go wyśmieją. Ryzykował, bo wierzył w Boże słowo.

Setnik przyszedł do Jezusa i pokazał czym jest prawdziwa wiara. Wiara, która bierze od Boga to, co On daje. W ciemno. Wiara, która pozwala iść za Jezusem, chociaż nie widzi się efektów natychmiast. Wiara, która przełamuje nasz paraliż. Z Bogiem.

Setnik przyszedł do Jezusa, a ja z nim. Tylko czy tak jak on zaryzykuję?

Trąd

„Do Jezusa zbliżył się trędowaty, upadł przed Nim i prosił Go: <<Panie, jeśli chcesz możesz mnie oczyścić>>. Jezus wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł: Chcę, bądź oczyszczony! I natychmiast został oczyszczony z trądu.” (Mt 8, 2-3)

26.06.2015

Jestem trędowaty. Chociaż ciało jest zdrowe, to jestem trędowaty. Trąd zżera moje serce. Zabiera to, co dał mi Bóg. Zabiera łaskę. Zabiera miłość.

Ale Bóg chce mnie oczyszczać. Chce, bym do Niego przychodził i prosił. Chce bym odrzucił strach i poszedł do Niego po oczyszczenie.

Jezus zszedł z góry po to, by wejść między nas. By doświadczyć naszych zranień. By dotknąć naszego grzechu. On nie przychodzi, by nas potępić. On chce nas oczyszczać. I idzie pośród tego tłumu, każdego dotykając osobiście.

Tylko ja muszę zaryzykować. Muszę wejść w ten tłum, ze swoim trądem. Bez względu na to, co powiedzą inni, muszę podejść do Jezusa. Muszę przełamać swój strach. Upaść przed Nim i prosić. A On mnie oczyści.

I po to daje mi kapłanów. I po to daje sakrament pojednania. To jest miejsce, gdzie mogę pomimo tłumu wejść. To jest czas, gdy Jezus wyciąga rękę i mnie dotyka. Dotyka by oczyścić. By uzdrowić z najgorszego trądu.

Nie muszę się tym chwalić. Nie muszę wszystkim opowiadać, że Bóg mnie oczyścił. Muszę tylko przyjść i wypełnić wszystko. Do końca. A później żyć normalnie. Żyć w czystości. Moje życie powinno być świadectwem. Bo jestem uzdrowiony.

Jestem trędowaty. Ale nie dla Boga. On widzi mnie już oczyszczonego!

Dom

„Jezus powiedział: Nie każdy, który Mi mówi: „Panie, Panie!” wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie.” (Mt 7, 21)

25.06.2015

Czy wejdę do królestwa niebieskiego? Po słowach Jezusa mogę mieć wątpliwości. Mogę się zastanawiać, czy oby na pewno idę w tym kierunku.

Dzisiaj Jezus przestrzega, że nawet gdy w Jego imię będę dokonywał cudów mogę nie dojść tam, gdzie On przygotował mi miejsce. Mogę rozminąć się z drogą, którą On mi przygotował. Bo nie o to chodzi. Nie chodzi o cuda. Nie chodzi o fajerwerki dokonywane w imię Boga. Nie! Chodzi o spełnianie tego, czego On uczy.

Chodzi o budowanie nie na sobie, ale na Bogu. Nie na piasku, ale na skale. To jest prawdziwa wiara. To jest droga, którą wskazuje mi Jezus. Droga na którą On zaprasza.

I tylko w ten sposób mogę być pewny, że nawet gdyby spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w dom, który buduję, on nie runie. Nie runie bo będzie zbudowany na skale. Na skale, którą jest Jezus Chrystus i Jego słowo.

Dzisiaj Jezus przestrzega mnie, bym nie szukał rewelacji. Bym nie próbował wiary zamienić w efektowne cuda. Mam żyć jego słowem. Mam codziennie troszczyć się o to, by to słowo stawało się fundamentem mego domu. Mego życia. To jest budowanie, które pozwoli mi dojść do królestwa Bożego. Które sprawi, że ono zapanuje w moim życiu już teraz.

A cuda też będą. Ale nie staną się one podstawą. Nie ich będę szukał, bo nie one będą najważniejsze. One będą znakiem Bożej obecności. Znakiem Jego błogosławieństwa i spełnienia Jego słów. Będą środkiem, ale nie celem. Bo celem będzie sam Bóg.

Czy wejdę do królestwa niebieskiego? Tak! Muszę tylko budować na skale. Codziennie!

Jan

„Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. […] Ósmego dnia (jej sąsiedzi) przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu dać imię ojca jego Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała: <<Nie, lecz ma otrzymać imię Jan>>. […] Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: << Jan będzie mu na imię>>. I wszyscy się dziwili. A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga.” (Łk 1, 57. 59-60. 62-64)

24.06.2015

Dzisiaj Bóg pokazuje nietypową sytuację. Elżbieta rodzi syna. Gdy przychodzi czas nadania mu imienia, wraz z Zachariaszem wybierają imię Jan. Imię, którego nigdy wcześniej nie było w ich rodzinie (co było nie do pomyślenia w ich kulturze).

Lecz oni nie bali się tego co powiedzą inni. Nie bali się tego, że ich wyśmieją. Nie zrozumieją. Oni wiedzieli, czego żąda od nich Bóg i za tym szli. I Bóg im wynagrodził. Sprawił, że Zachariasz znowu zaczął mówić, czym wprawił obecnych w jeszcze większe zdziwienie.

I ja też powinienem tak postępować. Bóg zaprasza mnie do różnych rzeczy. Oczekuje bym poszedł pod prąd. Bym nie bał się wyśmiania.

A ja wiele razy się boję. Bo co powiedzą inni. Jak zareagują. Bo nie wiem czy wypada łamać konwenanse. Czy warto? A Bóg pokazuje, że wypada. Że warto.

Dziś rodzi się największy z proroków. Jan Chrzciciel – człowiek, który przygotował drogę Panu. Człowiek, który zaufał Bogu do końca. Który był gotów zginąć dla Prawdy.

I On staje się wzorem. Wzorem, jak w trudnej sytuacji pozostać wiernym Bogu. Jak prostować ścieżki, tam gdzie są one pokręcone. Jak wybierać Boga, bez względu na konsekwencje tu na świecie.

Bóg stawia przede mną Jan i jego rodziców, bo wie, że potrzebuję wzorów niezłomności. Nawet w sytuacji niezrozumienia przez innych.

Brama

Wchodźcie przez ciasną bramę! Bo szeroka jest brama i przestronna droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują” (Mt 7, 13-14)

23.06.2015

Mam szukać ciasnej bramy. Mam szukać drogi, która nie będzie najwygodniejsza. Która, nie będzie luksusowa. Mam iść tam, gdzie niewielu idzie.

Dziś Jezus uświadamia mi, że być Jego uczniem to wybierać to, co trudne w oczach świata. To rezygnować ze swoich wygód, na rzecz Jego królestwa. Na rzecz drugiego człowieka. Chociaż świat mówi inaczej. Chociaż każe mi patrzeć ciągle na siebie, to mam iść pod prąd.

Tylko w ten sposób będę prawdziwie żył. Otrzymałem drogocenną perłę (świętość) i mam ją ocalić. Mam ją ustrzec przed tym, co nieczyste. Mam ją uchronić przed swoją nieczystością. Przed swoim grzechem!

I dlatego mam wybierać ciasną bramę. I dlatego mam iść pod prąd. Mam rezygnować z siebie i swoich wygód. Bo to jest droga świętości. Bo to jest droga prawdziwego szczęścia. Bo tylko tak pomnożę to, co otrzymałem. Rozwinę świętość, którą Bóg mnie obdarzył.

Dziś Jezus przypomina, że Jego królestwo to miłość. Miłość do drugiego człowieka. Miłość do Boga (właśnie w tym człowieku). Bez szukania swego. Bez oceniania. Bez szukania wygód.

On poszedł taką drogą. Do końca. I mnie na nią zaprasza!

Czy odważę się iść za Nim?

Drzazga

Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz?” (Mt 7, 3)

22.06.2015

Tak łatwo dostrzegam wady innych. Widzę, gdzie popełniają błąd. Wiem, co powinni zmienić. Dostrzegam i oceniam. I radzę.

A wszystko to robię z wyższością. Bo przecież ja taki nie jestem. Bo przecież wiem, co należy, a czego nie. Bo przecież postępuję inaczej. Lepiej!

A Jezus mówi: Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. (Mt 7, 1a) Ostrzega, że ja też popełniam błędy. Grzechy. Ja też mogę podlegać sądowi. Ja też mogę zostać skreślony.

Bo w moim oku siedzi belka. Belka, która nie pozwala mi normalnie widzieć. Belka, która przesłania mi to, co widzi Chrystus. Przesłania mi drugiego człowieka, a pozwala widzieć tylko jego wady.

I dlatego Jezus upomina mnie: Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, żeby usunąć drzazgę z oka twego brata. (Mt 7, 5) Woła, bym zmienił swoje myślenie. Bym zaczął patrzeć na to, co nie jest widoczne na pierwszy rzut oka. Na to co widzi Bóg.

A wtedy będę mógł upomnieć swego brata. Będę widział wady, ale nie przysłonią mi one człowieka. Nie zasłonią jego serca i tego co (i Kto) jest w nim ukryte.

Wtedy już nie będę osądzał. Będę patrzył z miłością na braci. Na ich grzechy. Bo będę wiedział, że sam nie jestem lepszy. Że sam, codziennie popełniam grzechy. Że sam jestem grzesznikiem, tak jak oni. I takim kocha mnie Bóg.

Ze wszystkimi drzazgami. Ze wszystkimi wadami. Ze wszystkimi grzechami.

Burza

„Jezus podczas burzy spał w tyle łodzi na węzgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: << Nauczycielu, nic Cię nie obchodzi, że giniemy?>> On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: Milcz, ucisz się! Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Wtedy rzekł do nich: Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary?” (Mk 4, 38-40)

21.06.2015

Jezus jest ze mną w łodzi. On wypływa ze mną na jezioro mego życia. On chce być ze mną wszędzie, gdzie ja jestem. On chce bym Mu zaufał.

A ja sadzam Go z tyłu. By obserwował. Przecież sam sobie poradzę. Przecież sam wiem, jak mam sterować swoją łodzią. A później się dziwię, gdy zaczynam tonąć.

A Jezus mnie uspakaja. Przez cały czas czuwa. Chociaż mi się wydaje inaczej, to On ma nad wszystkim kontrolę. Tylko chce, bym ja to zrozumiał.

Jezus jest Panem wszystkiego co się dzieje w moim życiu. Każda burza. Każdy wicher. Nic nie może się wydarzyć bez Jego zgody. Nic też nie umilknie, bez Jego słowa.

Tylko ja muszę Mu uwierzyć. Muszę pozwolić, by On sterował. By On obierał kurs. Muszę mu zaufać. Nawet, gdy wszystko wydaje się iść źle. On nad tym panuje. On ucisza każdą burzę.

A mi tak często brak tej wiary. Tak często sam walczę z falami. Sam płynę pod wiatr. Męczę się i nie widzę rezultatu. Męczę się, chociaż widzę jak moja łódź nabiera wody. Jak idzie powoli na dno.

I wtedy wołam. Krzyczę przerażony! A Jezus reaguje. Natychmiast. Wyciąga mnie z największych opresji. Ucisza najgorszy wicher. Uspokaja największe fale. I mówi bym się nie bał. Bym tylko ufał. Jemu!

Jezus jest za mną w łodzi. I ma nad wszystkim kontrolę. Tylko ode mnie zależy, czy pozwolę mu przejąć stery.