Być prorokiem

„Gdy Rodzice przynieśli Dzieciątko do świątyni, była tam prorokini Anna […] Sławiła ona Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy.” (Łk 2, 36a. 38)

30.12.2015

Bóg chce bym był prorokiem.

I dlatego dzisiaj stawia przed moimi oczami Annę. Wskazuje, jak żyć by właśnie takim się stać. Bym tak jak ona służył Mu. I mówił o Nim wszystkim.

Nie muszę przepowiadać przyszłości. Nie muszę znać tajemnic. Muszę tylko otworzyć się na Niego. I Jego działanie.

Bo Anna tak właśnie żyła. Służyła Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą (Łk 2, 37b). Ona głosiła Boga swoim życiem. Mówiła o Tym, który nadchodzi. Który ma wyzwolić Jerozolimę. I cały Izrael.

Bóg chce bym był prorokiem.

Bym zatrzymał się jak Anna. Bym nie rozstawał się z Bogiem (w końcu jestem świątynią). Bym służył Mu, tak jak ona.

A wszystko po to, bym tam gdzie jestem sławił Jego imię. Bym był Jego świadkiem. Bym zawsze żył z Nim. I Nim.

I bym dawał nadzieję, wszystkim, którzy tego potrzebują.

Tylko tak naprawdę ogłoszę Jego przyjście. Tylko tak pokażę innym, gdzie Go szukać.

Bez tajemnic. Bez proroctw. Bez przepowiedni.

Tylko postem, modlitwą i życiem. Jak Anna!

Bo Bóg chce bym był prorokiem. Nawet bez proroctw.

Święta rodzina

„Rodzice Jezusa chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go.” (Łk 2, 41 – 45)

27.12.2015

Bóg dał mi rodzinę. Dał mi żonę i dzieci, ale także rodziców i rodzeństwo. Bóg dał mi rodzinę. I zadanie.

Bo Bóg chce bym właśnie w rodzinie Go szukał. Bym Go odnalazł wśród tych, z którymi żyję. Którzy są ze mną niemal non stop.

Ale także ja mam im Go pokazywać. Mam iść z nimi z Jeruzalem. Mam z nimi się modlić i uczyć miłości do Boga. I do siebie nawzajem.

Mam ich zawrócić, gdy oddalą się od Boga. Gdy zaczną Go szukać, nie tam gdzie powinni. Mam im wskazać drogę. Jak Jezus, który został w Jerozolimie, w tym co należy do Ojca. (Łk 2, 49b)

Ale mam też ich słuchać gdy sam zbłądzę. Gdy sam ominę Bożą drogę. Gdy pójdę dalej bez Niego.

Bo Bóg dał mi rodzinę. Nie tylko po to, bym miał do kogo się odezwać. Nie tylko po to, by mnie miał kto karmić. Bóg dał mi rodzinę, bo chciał, bym od niej uczył się Jego. I bym sam im Go pokazywał.

I Bóg dał mi Świętą Rodzinę. Dał Mi Jezusa oraz Maryję i Józefa. By byli dla mnie wzorem. Bym uczył się od nich zaufania Bogu, odwagi w przyjęciu Jego słowa. I posłuszeństwa.

Bóg dał mi Świętą Rodzinę. Bym sam zbudował świętą rodzinę. Z Nim!

 

Ostatnia prosta

„Zachariasz został napełniony Duchem Świętym i prorokował, mówiąc: <<Z wysoka Wschodzące Słońce nas nawiedzi, by zajaśnieć tym, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają, aby nasze kroki zwrócić na drogę pokoju>>.” (Łk 1, 67. 78b-79)

24.12.2015

Jeszcze tylko ostatni prezent. Ostatnia potrawa. Ostatnie porządki. Ciągła gonitwa. Za czym? Po co?

STOP!

Tak się nie da. Przecież nie o to chodzi.

Dzisiaj Bóg wzywa mnie bym się zatrzymał. Bym zwolnił, bo przede mną ostatnia prosta. Ostatni odcinek, ale jak istotny. I jak trudny.

Bo na końcu dojdę do Wschodu Słońca. Do Boga, który przychodzi. By Go ujrzeć. Ale czy na pewno?

I właśnie po to Bóg daje dzisiejszy wieczór. Daje czas wyciszenia. Czas zatrzymania. Daje szansę, bym nie przegapił nadchodzącego Pana.

Tak jak nie przegapił Go Zachariasz. On, któremu właśnie urodził się syn. Któremu wywróciło się do góry nogami życie (wie to każdy ojciec) staje i zaczyna prorokować. Zaczyna wielbić Boga, bo wie, że to wszystko ma w Nim sens. Że to wszystko jest Jego dziełem. I Jego darem. I jest spokojny.

A ja łatwo wpadam w popłoch. Śpieszę się, by załatwić wszystkie sprawy. By wszystko było tak jak należy. A i tak zawsze coś pominę. Coś opóźnię. Coś zawalę.

A Bóg przychodzi. Jak Wschodzące Słońce. Po każdej nocy. By dać światło. By rozjaśnić wszystkie mroki mojego życia. I uspokoić moje kroki.

Ja muszę tylko Go wypatrywać. I oczekiwać. Jak Zachariasz.

Wyjdź w góry

„W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w pokoleniu Judy.” (Łk 1, 39)

20.12.2015

Jezus chce bym wyszedł w góry. Bym oderwał się tego co mnie otacza, co mnie przytłacza. I poszedł. By spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy.

Bo Jezus chce bym dojrzał Go tam gdzie jestem. Bym rozpoznał Go nie w znakach, ale w osobie. W mojej żonie, moich dzieciach, moich rodzicach, rodzeństwie i przyjaciołach. Ale także w moim pracodawcy i tych z którymi pracuję. A także w nieznajomych.

On tam jest. I czeka na mój gest. Na moją odpowiedź.

Ale mam Go nie tylko rozpoznać w innych. On chce także, bym im Go zaniósł. Tak jak Maryja, która poszła do Elżbiety. Poszła by zanieść jej miłość. Poszła, bo do tego wzywał ją Pan.

I nie mogę tracić czasu. Nie mogę zwlekać. Mam iść teraz. Z pośpiechem. Jak Maryja.

Bo Jezus przychodzi już teraz. On jest co raz bliżej. Mogę spotkać Go każdego dnia. W każdej sekundzie. I On wzywa mnie, bym szedł. Nie ważne co dzieje się wokół mnie. Nie ważne, kogo spotkam. Mam iść i nieść innym Boga. I nieść innym miłość.

Swoim słowem. Swoim gestem. Swoją obecnością.

Jezus chce bym wyszedł w góry. Zaprasza mnie do tego. Wie, że to wymaga wysiłku. Że nie zawsze będzie łatwo. Ale mam iść. Pomimo lęku i niepewności.

On zajmie się tym co mnie przytłacza. Ja muszę tylko zaufać Jego słowu. Tak jak Maryja. A przecież ona „jest błogosławiona, bo uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane jej od Pana.” (Łk 1, 45)

I ja mogę być błogosławiony. Muszę tylko uwierzyć.

I wyjść w góry!

Zmarnowany czas

„Jezus powiedział: „Błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi.” (Łk 7, 23)

16.12.2015

Pośpiech. Praca. Przemęczenie. Zmarnowany czas, który mogłem dobrze wykorzystać. Czas, który otrzymałem, a jednak nie wykorzystałem. Bo zaufałem sobie. Pozwoliłem by zwyciężyło moje ego. Wmówiłem sobie, że nad wszystkim muszę sam zapanować. I panuję.

A Jezus przychodzi i mówi: Błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi  (Łk 7, 23). Błogosławiony, czyli szczęśliwy.

A ja zwątpiłem. Pozwoliłem by strach o moją codzienność przysłonił mi Chrystusa. Pozwoliłem by praca stała się ciężarem. Pozwoliłem by lenistwo zabiło we mnie chęć pracy.

A Jezus przychodzi by to wszystko uzdrawiać. Tak jak uzdrawia chorych, przywraca wzrok niewidomym. On przychodzi i głosi Dobrą Nowinę. I mówi, że nie jestem sam. Że nie muszę sam zmagać się ze swoimi problemami. Ze swoją codziennością.

Bo Jezus przychodzi by to wszystko wziąć na siebie. By obarczyć się moim cierpieniem. By uzdrowić mój wzrok i dodać mi sił. By wziąć na siebie to, z czym sobie nie radzę. Co nie pozwala mi normalnie funkcjonować.

Ja muszę tylko Mu zaufać. Muszę pozwolić, by On działał we mnie. I nie mogę zwątpić.

Zmarnowany czas. Czas w którym moje ja pozwolił by strach mnie opanował. By opanowało mnie lenistwo. A Jezus przychodzi i to zabiera.

Przychodzi… bo chce bym był szczęśliwy!

Zadanie

„Jezus powiedział: Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie.” (Mt 10, 7)

05.12.2015

Jezus chce konkretów!

Wczoraj pytał o moją wiarę. A dzisiaj daje zadanie. I chce konkretnej odpowiedzi. Nie deklaracji, ale konkretnych czynów.

Bo Jezus widzi, że wciąż wiele osób nie dostrzega Jego królestwa. Wciąż wielu nie słyszało Dobrej Nowiny, a ludzie są „jak owce nie mające pasterza” (Mt 9, 36b). Są osoby które Go nie poznały (choć o Nim słyszały).

I dlatego wysyła uczniów. Najpierw dwunastu (apostołów). I daje im władzę nad duchami nieczystymi. Daje im łaski, by mogli je wypędzać. By mogli leczyć choroby.

Ale nie tylko ich. Przez nich posyła cały Kościół. Nie tylko tych, którzy są następcami apostołów (czyli księży). On posyła każdego – także mnie. I każdemu daje te same łaski. Za darmo!

I dlatego wczoraj pytał o moją wiarę. Pytał, bo ma dla mnie zadanie. Jezus chce bym szedł tam gdzie On mnie pośle. Tam gdzie się pojawię. Tam gdzie żyję. Bym szedł i głosił. Bym szedł i pokazywał, że Jego królestwo nadchodzi.

Bez czekania na zysk. Na nagrodę. Na zapłatę. Mam iść i budować Jego królestwo. Słowem i konkretną pracą. Razem z żoną i dziećmi.

On zadba o resztę!

 

Muszę Go rozpoznać!

„Gdy Jezus przechodził, szli za Nim dwaj niewidomi, którzy wołali głośno: <<Ulituj się nad nami, Synu Dawida!>> A Jezus ich zapytał: Wierzycie, że mogę to uczynić?” (Mt 9 27-28)

04.12.2015

Jezus przechodzi przez moje życie. Codziennie się w nim pojawia i chce, bym Go rozpoznał. Bym tak jak niewidomi zatrzymał Go. Bym otworzył przed Nim swoje serce.

I  pyta o moją wiarę. Pyta czy wierzę, że On jest. Że ciągle czuwa nad moim życiem i w Nim wszystko jest możliwe.

Bo ja często o tym zapominam. Troszczę się o wiele, dbam o swoje codzienne sprawy, ale nie dostrzegam Boga, który przechodzi. Widzę, ale nie to co trzeba.

A Jezus przychodzi by uzdrowić moje spojrzenie. Bym mógł widzieć więcej. I nie chodzi o mój wzrok fizyczny. On chce uzdrowić moją wiarę. Chce uzdrowić moje serce, które wciąż widzi tylko siebie.

I dlatego wciąż pyta o moją wiarę. On chce bym uświadomił sobie, że bez Niego tkwię w ciemności. Tak jak niewidomi. Ale tak jak Oni mam szansę przejrzeć. Codziennie. Muszę tylko zaufać i uwierzyć.

A wtedy Bóg sprawi, że ujrzę Jego obecność. Ujrzę świat takim, jakim On go widzi. Zobaczę Jego obecność tam, gdzie wcześniej Go nie widziałem. Zobaczę… bo On uleczy mój wzrok.

Jezus przechodzi i pyta o moją wiarę. Tylko czy ja Go nie przegapię? Czy go dostrzegę i pozwolę wpuścić światło do mojego życia?

A może zamknę się w swojej ciemności i wciąż będę czekał. Będę wypatrywał tego, który Jest cały czas przy mnie. Który chce bym Go rozpoznał w swojej codzienności.

A wtedy On uzdrowi mój wzrok. Ja muszę tylko zawołać jak niewidomi. I uwierzyć!

Budowla

„Jezus powiedział: Nie każdy, który Mi mówi: <<Panie, Panie!>>, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie.” (Mt 7, 21)

03.12.2015

Dzisiaj Jezus się nie patyczkuje. Nie tworzy słodkich obrazów i nie owija w bawełnę, ale mówi bardzo konkretnie. I dosadnie.

Bo Jezus mnie ostrzega. Ostrzega, przed iluzją, w którą łatwo wpadam. Którą sam tworzę. Ostrzega przed samozachwytem. I samozbawieniem.

I dlatego mówi, że mogę nie wejść do królestwa. Ostrzega, że moje słowa, jeszcze o niczym nie świadczą. Że moje wołanie do Niego może być puste. Tak samo jak moje słuchanie Jego słów. Gdy ich nie wypełniam.

Bo często jestem jak człowiek budujący na piasku. Łudzę się, że wszystko będzie idealnie. Że nic się nie stanie. Pomimo tego, że wiem (a przynajmniej mogę się domyślać), że moja budowla runie jak tylko spadnie większy deszcz. Nie przetrwa, gdy będzie większa wichura.

A Jezus chce by ona przetrwała. I wie, jak to zrobić. Dlatego wskazuje mi drogę. Podpowiada, ale pozwala mi wybrać. I mówi o konsekwencjach mego wyboru. To ode mnie zależy, czy Go posłucham.

Bo Jezus chce bym budował na Nim. By On stał się fundamentem. By Jego słowo było skałą, na której oprę całe swoje życie. Skałą, która umocni to, co buduję.

I dlatego burzy iluzję, którą tworzę. Iluzję, która każe mi wierzyć, że samo słuchanie Jego słów wystarczy. Iluzję, która oddala mnie od Niego (choć ja tego nie zauważam).

Bo nie wystarczy tylko słuchanie Jego słów (chociaż od tego trzeba zacząć). Muszę je wypełniać. Muszę nimi żyć (wręcz nimi oddychać). Muszę nimi się kierować. Codziennie. W każdej najdrobniejszej sprawie.

Tylko tak wypełnię wolę Ojca. Tylko tak zbuduję dom, który przetrwa. Który nie runie pomimo wichrów. Bo Jezus go umocni. On będzie tym, który to wszystko scali. Który to wszystko wypełni. I uświęci.

Dziś Jezus bardzo konkretnie ostrzega mnie przed budowaniem iluzji. Iluzji mojego szczęścia. Przed budowaniem bez Niego. Ostrzega, bo chce by moja budowla przetrwała. I bym był naprawdę szczęśliwy.

Ja muszę tylko całkowicie oprzeć się na Nim. A przecież wiem, że warto!