Wspólnota

„Jezus powiedział: Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich.” (Mt 18, 19-20)

12.08.2015

Jezus chce wśród nas przebywać. Chce przychodzić tam, gdzie kilka osób gromadzi się w Jego imię. Gdzie przebywają Ci, którzy słuchają Jego słowa. Którzy z Nim chcą poznawać Ojca.

I nie chodzi o to, że nie ma Go, gdy sam się modlę. Nie chodzi o to, że Bóg nie wysłuchuje mojej osobistej modlitwy. Nie! Jednak dużo mocniej Jezus uobecnia się we wspólnocie. Wśród ludzi, którzy próbują naśladować Go i Ojca. Którzy uczą się kochać tak jak Trójca.

I dlatego Jezus uczy mnie jak mam upominać swego brata. Jak mam troszczyć się, gdy popełni On błąd. Gdy ja go zauważę.

Nie mogę go potępiać. Nie mogę go obgadywać i za plecami mówić o jego błędzie. Nie! Mam iść i w cztery oczy go upomnieć. I w cztery oczy wskazać mu jego błąd. I mam to zrobić z miłością.

Dopiero gdy mnie nie usłucha mogę iść do innych. Mogę donieść Kościołowi, aby w końcu zostawić mego brata w spokoju. I pozwolić mu odejść.

I tu jest cały problem. Cała trudność upominania. To na czym najbardziej się wykładam. Jezus nie potępia tego, który grzech popełnił. Nie potępia mnie, gdy grzeszę. Nie odrzuca, ale chce bym wrócił do wspólnoty. Bym z niej nie wychodził.

A ja odwrotnie. Tak łatwo potępiam. Krytykuję i oceniam. Zamiast upominać. A gdy upominam robię to ze złością. Obrażam. Ranię.

A Jezus chce przebywać we wspólnocie. Chce przychodzić do moich relacji. Chce to wszystko wypełniać sobą. I swoją miłością.

I dlatego uczy mnie upominać. Z miłością. I z miłości. Tylko czy ja posłucham Jego nauki?

Brat

„Jezus powiedział: Kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten Mi jest bratem, siostrą i matką.” (Mt 12, 50)

21.07.2015

Jezus chce nazywać mnie swoim bratem. Chce mnie tak traktować. Nie dyskredytuje przez to swej matki, swoich kuzynów. On podnosi moją godność. Czyni mnie swoim bratem.

I dlatego pozwala mi siedzieć wśród tłumu. Pozwala mi słuchać swoich słów. I mnie uczy jak mam żyć. Jak być naprawdę szczęśliwym. Jak dać szczęście innym. A dzisiaj przypomina.

Przypomina, że od słuchania mam przejść do czynów. Nie mogę tylko wysłuchać tego, co chce ode mnie Bóg. Ja mam działać. Tak jak Maryja.

Ona wysłuchała słów Boga. Wysłuchała anioła, który jej przyniósł te słowa. Ale nie poprzestała na tym. Nie zatrzymała tych słów dla siebie. Ona za nimi poszła. Wypełniła wolę Boga, chociaż się bała. I została matką Jezusa.

I ja mam tak jak Maryja wysłuchać Boga. Mam wsłuchać się w to, co On (w różny sposób) do mnie mówi. W to, czego On ode mnie oczekuje. Ale nie tylko wysłuchać. Mam wypełnić Jego słowo. Mam pójść za Jego wolą. We wszystkim. Pomimo strachu. Pomimo niepewności. By stać się bratem Chrystusa.

Bo On chce mnie nazywać swoim bratem. Chce bym był nim w rzeczywistości. Ale to ode mnie zależy, czy przyjmę tę godność. Czy spróbuję.

***

A Maryja pokazuje, że warto. Choć nie zawsze jest łatwo. I nie wszystko mogę zrozumieć. To warto, bo wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny. (Łk 1, 49a) I On chce mi błogosławić. Tak jak Maryi.

Drzazga

Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz?” (Mt 7, 3)

22.06.2015

Tak łatwo dostrzegam wady innych. Widzę, gdzie popełniają błąd. Wiem, co powinni zmienić. Dostrzegam i oceniam. I radzę.

A wszystko to robię z wyższością. Bo przecież ja taki nie jestem. Bo przecież wiem, co należy, a czego nie. Bo przecież postępuję inaczej. Lepiej!

A Jezus mówi: Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. (Mt 7, 1a) Ostrzega, że ja też popełniam błędy. Grzechy. Ja też mogę podlegać sądowi. Ja też mogę zostać skreślony.

Bo w moim oku siedzi belka. Belka, która nie pozwala mi normalnie widzieć. Belka, która przesłania mi to, co widzi Chrystus. Przesłania mi drugiego człowieka, a pozwala widzieć tylko jego wady.

I dlatego Jezus upomina mnie: Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, żeby usunąć drzazgę z oka twego brata. (Mt 7, 5) Woła, bym zmienił swoje myślenie. Bym zaczął patrzeć na to, co nie jest widoczne na pierwszy rzut oka. Na to co widzi Bóg.

A wtedy będę mógł upomnieć swego brata. Będę widział wady, ale nie przysłonią mi one człowieka. Nie zasłonią jego serca i tego co (i Kto) jest w nim ukryte.

Wtedy już nie będę osądzał. Będę patrzył z miłością na braci. Na ich grzechy. Bo będę wiedział, że sam nie jestem lepszy. Że sam, codziennie popełniam grzechy. Że sam jestem grzesznikiem, tak jak oni. I takim kocha mnie Bóg.

Ze wszystkimi drzazgami. Ze wszystkimi wadami. Ze wszystkimi grzechami.

Czas

„Jezus przyszedł do domu, a tłum znów się zbierał, tak że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać.” (Mk 3, 20-21a)

07.06.2015

Jezus ma dla mnie czas. On przychodzi do mnie, siada i czeka. Nie zważa na swój głód. Nie zważa na zmęczenie. Czeka. Bo mnie kocha.

Jezus ma dla mnie czas, choć ja zachowuję się jak tłum: napieram z każdej strony. Nie szanuję Jego czasu. Przychodzę, kiedy chcę i często z pretensjami. Z oskarżeniami.

A On słucha. Słucha i cierpliwie odpowiada. I Cierpliwie wyjaśnia, choć inni się z Niego śmieją. I pomaga, choć ja nie traktuję Go poważnie.

Jezus ma dla mnie czas, bo traktuje mnie jak brata. Przecież sam mówi: Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostra i matką. (Mk 3, 34b-35) I choć wie, że ja się buntuję. Choć wie, że nie zawsze pełnię wolę Bożą, to traktuje mnie jak brata. Bo mnie kocha.

Jezus traktuje mnie jak brata, bo słucham Jego słów. I staram się je wypełniać. Tak jak umiem. Tak jak dam radę. On resztę dopełnia. Duchem Świętym!

Jezus ma dla mnie czas i chce, bym ja tak samo miał go dla innych. Bym uczył się od niego i bez względu na zmęczenie, był zawsze otwarty na braci. Na siostry. Bym słuchał i reagował. Tak jak On.

Jezus ma dla mnie czas i dlatego posyła Ducha Świętego. Ducha, którego On broni. Ducha, który mnie uświęca. Tak jak chce Bóg.