Wychowanie

„Kto należy do większych w królestwie niebieskim?” (Mt 18, 1)

Niejednokrotnie (gdy dopada mnie tzw. dół) zadaję sobie to pytanie (w tej czy innej formie). Zastanawiam się, dlaczego inni mają lepiej? Dlaczego (jak mi się wydaje) Bóg im bardziej błogosławi? Dlaczego daje im więcej?

I zaczynam zazdrościć…

A Jezus daje jedną, ale konkretną, odpowiedź: Jeśli się nie zmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. (Mt 18, 3)

Czyli mam być jak dziecko. Mam zaufać. Bez kalkulowania. Bez oceniania. Bez zazdrości.

Mam, tak jak to robią moje córki w relacji ze mną, zaufać, że Bóg wie co robi. Że daje mi tyle ile potrzebuję. Ile potrafię teraz unieść, by nie stracić Go z oczu.

Tylko jak to zrobić?

Tak często brakuje mi takiej postawy. Chcę teraz. Natychmiast. I to co sobie wymyśliłem.

Jestem jak dziecko…

…ale kapryśne.

A później się dziwię…

I dlatego Jezus przypomina: Kto uniży się jak to dziecko, ten będzie należał do większych w królestwie niebieskim. (Mt 18, 4) Pokazuje, że być dzieckiem to uznać, że sam niewiele mogę zrobić. Że potrzebuję pomocy Ojca, który nieustannie się o mnie troszczy. Który wie co może mi dać. Tu i teraz.

Tak jak ja wiem, że dla starszej córki mogę pozwolić na więcej. Bo więcej potrafi. Więcej jest w stanie sama wykonać. Ale też mogę więcej od niej wymagać. I oczekuję, że ona z wyrozumiałością spojrzy na młodsze siostry.

Tego samego oczekuje ode mnie Bóg, gdy mówi: Uważajcie, by nie gardzić żadnym z tych małych. (Mt 18, 10)

Bo jeśli chcę być największy muszę stać się dzieckiem.

Dzieckiem, które da się wychowywać Bogu.

Dzisiejsza Ewangelia: Mt 18, 1-5. 10. 12-14

Gdzie jest mój skarb?

Nie bój się, mała trzódko, bo Ojciec wasz postanowił dać wam królestwo. […] Gdzie bowiem jest wasz skarb, tam będzie i wasze serce.” (Łk 12, 32.34)

Ostatnio miałem kryzys…

Kryzys tożsamości… bo czułem, że nie realizuję dobrze swoich zadań ojca i męża.

Kryzys zaufania… bo ufałem bardziej w swoje siły i to co mam.

Kryzys wiary… bo nie wierzyłem, że coś może realnie się zmienić.

I się bałem. Bałem o swoją (i swoich bliskich) przyszłość. Bałem się, że stracę to co mam. Że sobie nie poradzę.

A Jezus mówi: Nie bój się! Spójrz, mam dla Ciebie królestwo, tylko mi zaufaj. Tylko skup się na nim, a nie na tym co masz (lub czego nie masz) w tej chwili.

Tak jak Abraham, który wyszedł w nieznane. Wyszedł, bo wierzył. Wierzył, że Pan dotrzyma swojej obietnicy.

Tak jak Sara, która po ludzku nie mogła już mieć dzieci. Ale zaufała…

I dlatego mam być gotowy. Mam się nie bać i czuwać. Mam być przygotowany, bo Pan ma już dla mnie skarb. Cenniejszy niż to, co sam zdołam zdobyć. Cenniejszy niż mogę sobie wyobrazić.

Ja mam tylko spojrzeć w Jego stronę. Spojrzeć i wyruszyć.

Pomimo trudności… Pomimo zwątpień… Pomimo przeciwności…

Mam iść, jak Abraham (razem ze swoją rodziną, którą Pan mi powierzył). Mam czuwać jak słudzy czekający na pana. I wierzyć…

Wierzyć, że w odpowiednim czasie Pan przyjdzie. Wierzyć że dojdę tam, gdzie Pan mnie zaprasza. Wierzyć, że wszystko co robię przybliża mnie do celu.

I mam się nie bać… bo Pan przygotował już królestwo i skarb.

Ja mam tylko do niego dojść…

… z Nim!

Dzisiejsza Ewangelia: Łk 12, 32-48

Modlitwa = przemiana

„Jezus wziął Piotra, Jana i Jakuba i wszedł na górę, aby się pomodlić. Kiedy się modlił, zmienił się wygląd Jego twarzy, a Jego szata stała się lśniąco biała.” (Łk 9, 28-29)

Jezus wyszedł na górę. Wyszedł by się modlić, spotkać się z Ojcem. I spotkał się, a to spotkanie Go przemieniło.

I nie chodzi tylko o fizyczną przemianę, chociaż ta została opisana. Bo każde spotkanie z Bogiem to czas przemiany. Czas, gdy pozwalam Bogu na działanie w moim sercu. Na przemianę mojego myślenia. Mojego spojrzenia na świat i ludzi.

Dlatego Jezus tak często się modlił. Dlatego wychodził na górę, na pustynię, na miejsce odosobnione by spotkać się z Ojcem. By porozmawiać o Jego planie. By pozwolić Mu działać w swoim życiu.

Ale tym razem Jezus nie idzie sam. Zabiera ze sobą uczniów. Chce by mu towarzyszyli. By ujrzeli Jego chwałę i tak jak On doświadczyli przemiany.

I chociaż uczniowie nie wytrzymali i poszli spać, to jednak z Nim byli. Mogli zobaczyć jak się przemienił. Mogli doświadczyć tej przemiany i usłyszeć: To jest mój Syn, Wybrany. Słuchajcie Go. (Łk 9, 35)

Tak samo jest ze mną. Nie jestem wytrwały. Nie potrafię się modlić. Zasypiam i tak jak Piotr nie wiem co powiedzieć.

Ale Jezus właśnie takiego zabiera mnie na górę. Chce bym razem z Nim się modlił. Bym Mu towarzyszył i razem z Nim spotkał Ojca. Ojca, który chce bym świecił Jego blaskiem. Który chce mnie przemienić, tak jak przemienił Jezusa.

Bo każda modlitwa przemienia…

Tylko czy ja chcę dać się przemieniać?

Dzisiejsza Ewangelia: Łk 9, 28-36

Sieć

Królestwo niebieskie podobne jest do sieci, która została zarzucona w morze i zaczęła zagarniać ryby wszelkiego rodzaju.” (Mt 13, 47)

Dziś Jezus mówi o sieci. Sieci, którą jest Jego królestwo. Jego słowo. Jego Kościół.

Sieci, którą On „łapie” ludzi. I przy połowie nie patrzy jacy tam wpadają. Dobrzy czy źli.

Nie ocenia. Nie odrzuca. Po prostu łowi. Zaprasza do spotkania. I czeka.

Cierpliwie. Z troską.

I mnie zaprasza do tego samego. Chce bym zarzucał Jego sieć. Bym pomagał Mu łowić. Nie patrząc, kto da się złapać.

Bo Jezus oceni to później. On przy końcu pośle swoich aniołów, którzy wyjdą, oddzielą zepsutych od sprawiedliwych, i wrzucą ich do pieca z ogniem. (Mt 13, 49-50)

I dlatego nie mogę nikogo skreślać…

Bo to nie ja mam być tym, który wyda wyrok. Nie ja mam być sędzią, choć nieraz bym chciał. Ale mam pilnować się, by myśl o samosądzie nie zablokowała innym drogi do zbawienia. Mam strzec, by moje nie, nie stało się odrzuceniem tych, którzy mają wydać dobre owoce. Których serce zna tylko Bóg.

Bo jak powiedział św. Augustyn, źli byli, są i będą w Kościele zawsze, a „ich uczestnictwo w sakramentach nie przyniosło szkody dobrym, jeśli tylko ci nie brali udziału w ich grzechu”.

I dlatego mam być jak ojciec rodziny. Ojciec, który czerpie ze skarbca. Skarbca Bożego Słowa. Mam się codziennie nim karmić. A potem…

… mam tylko głosić. Mam zarzucać sieć Bożego Słowa.

A Jezus będzie działał.

Dzisiejsza Ewangelia: Mt 13, 47-53

Jestem szatanem

„Jezus odwrócił się i rzekł do Piotra: Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo myślisz nie na sposób Boży, lecz na ludzki” (Mt 16, 21-27)

Jestem szatanem! Przeciwnikiem Boga i Jego planu w moim życiu. Sprzeciwiam się Jego słowom, bo wciąż nie rozumiem Jego drogi.

Nawet nie próbuję zrozumieć. Sam planuję. Chcę po swojemu ułożyć swoje życie. Staję przed Panem (zamiast za Nim) i nie odpowiadam na pytaniem kim dla mnie jest (por. rozważanie z zeszłej niedzieli).

A On chce bym stanął za Nim. Bym pozwolił się prowadzić. Bym uczył się od Niego i szedł Jego drogą.

Jezus wziął krzyż. Nie cofnął się, chociaż wiedział ile wycierpi. Chociaż po ludzku się bał. Przyjął Bożą wolę i poszedł, by oddać swoje życie. Zrezygnował ze swojej wygody, ze swego planu. Zaufał!

I tego mnie uczy. Chce bym tak jak On wziął krzyż. Bym zrezygnował ze swego życia, ze swojego JA i bym poszedł. Za Nim. Do prawdziwego życia.

A ja? Ja wciąż staję przed Panem. Wciąż próbuję narzucić Mu swój plan i Go prowadzić.

I dlatego jestem szatanem!

Ale Bóg daje mi szansę. Nie odwraca się ode mnie. On się odwraca do Mnie i mnie upomina. Przypomina, że to On jest drogą, i tylko w Nim mogę żyć. Naprawdę.

Tylko czy ja chcę? Czy jestem gotów wziąć swój krzyż i iść za Nim?

Wierzę, że tak.

Ale tylko z Jego pomocą!

Dzisiejsza Ewangelia: Mt 16, 21-27

Kim jestem?

„Jezus pytał swych uczniów: Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? A oni odpowiedzieli: <<Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków>>. Jezus zapytał ich: A wy za kogo Mnie uważacie?” (Mt 16, 13-20)

 

Jezus pyta kim dla mnie jest. Pyta, chociaż dobrze zna odpowiedź.

Bo ja łatwo odpowiadam w imieniu innych. Dostrzegam, jak ludzie patrzą na Jezusa. Jak Go oceniają. Odrzucają (a może przyjmują). Ile rozumieją z Jego słów. Ale wciąż mam problem z odpowiedzią na pytanie kim dla mnie jest Jezus.

A Jezus wciąż pyta. Pyta, bo chce bym to zrozumiał. Bym głośno to powiedział i przyznał kim On dla mnie jest. Tak jak Piotr.

Bo on odpowiedział. Wyznał, że Jezus jest Mesjaszem. Żywym Bogiem.

Piotr odpowiedział na pytanie Jezusa i… poznał kim sam jest.

Bo Jezus pyta choć zna odpowiedź na to pytanie. On wie, kim dla mnie jest. Ale chce bym i ja poznał tę odpowiedź. Bym przyznał przed samym sobą kim dla mnie jest Jezus.

Bo tylko tak poznam prawdę o sobie samym. Tylko tak dowiem się, kim jestem. Jak wygląda moje życie. Jak ma wyglądać. Co zaplanował mi sam Bóg.

Czy idę za Jezusem? A może wciąż staram się iść przed Nim (por. Mt 16, 21-23).

Jezus chce bym uznał Go za swego Pana. Bym był gotów pójść za Nim. Stanąć z tyłu i powiedzieć: Panie prowadź. Ale nic mi nie narzuca.

I dlatego wciąż pyta: A ty za kogo Mnie uważasz?

Czy tak jak Piotr odpowiem? A może wciąż będę chował się za odpowiedziami innych?

Dzisiejsza Ewangelia: Mt 16, 13-20

Okruchy

„Jezus podążył w strony Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: <<Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha>>. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. […] A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: <<Panie, dopomóż mi!>> On jednak odparł: Nie dobrze jest zabrać chleb dzieciom a rzucić psom. A ona odrzekła: <<Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołu ich panów>>.” (Mt 15, 21-23a, 25-27)

Kobieta kananejska nie zasługiwała na Bożą interwencję w jej życiu. Nie mogła oczekiwać, że ją otrzyma. A jednak poszła do Jezusa. Poszła bo dostała taką szansę.

Bo to Jezus wykonał pierwszy krok. To On wyruszył na jej ziemie. Wyruszył na tereny pogańskie. Tereny nieświęte.

I ja nie zasługuję by Bóg działał w moim życiu. Nie zasługuję, by otrzymać Jego łaski. A jednak On daje mi szansę. Sam przychodzi. Dotyka miejsc, które są we mnie nieświęte. Miejsc, które Go najbardziej potrzebują.

Ale to ode mnie zależy czy skorzystam z Jego obecności. Czy wykonam krok w Jego kierunku (On swój zawsze wykonuje). Czy jak kobieta kananejska przyjdę i przed Nim upadnę.

Bo jej wiara była niezłomna. Nie zraziła się brakiem odpowiedzi. Nie zrezygnowała, gdy odpowiedź była dla niej bolesna. Gdy po ludzku nie było w niej miłości. Zrozumienia.

Ona uznała, że tylko Jezus może ją uratować. Ujrzała w Nim Boga i upadła przed Nim, bo wierzyła. I została wysłuchana.

A ja? Wciąż pełen pychy sam staję naprzeciw moich problemów. Wciąż sam staram się walczyć ze złym duchem, który nieustannie odciąga mnie z Bożej drogi.

A Jezus przychodzi. Wchodzi w miejsca, które wciąż są nieświęte. Przychodzi i daje mi szansę.

Czy z niej skorzystam? Czy upadnę i oddam Mu pokłon? A może zwątpię po pierwszym braku odpowiedzi? Zrezygnuję, gdy odpowiedź będzie dla mnie bolesna?

Kobieta kananejska nie zasługiwała na Bożą interwencję w jej życiu. A jednak ją otrzymała bo była gotowa schylić się i zebrać okruchy Bożej łaski!

A ja? Czy jestem gotowy uniżyć się, by zebrać okruchy, które Bóg dla mnie rzuca?

Dzisiejsza Ewangelia: Mt 15, 21-28

Fale

„Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze” (Mt 14, 22-25)

Nie zawsze widzę Jezusa. Wypływam na jezioro i tracę Go z oczu. Wypływam, nie sam lecz z tymi którzy są w mojej łodzi. W moim życiu. Wypływam i zderzam się z falami.

Ale On jest. Przez cały czas czuwa nade mną. Idzie na górę by modlić się do Ojca. Modlić się za mnie. Modlić się za Ciebie. Nigdy nie zostawia mnie samego, nawet jak Go nie widzę.

On jest. Jest i przychodzi pomimo fal. A może właśnie przez fale. On kroczy po moich problemach, bo jest większy od nich. Przychodzi bym i ja mógł kroczyć. Bym tak jak Piotr mógł wyjść na jezioro mego życia i iść za Nim.

O ile Go rozpoznam. O ile mój strach nie przesłoni mi Jego obecności.

Bo On jest. Jest ze mną. Jest i daje mi siłę bym zmierzył się z trudnościami w moim życiu. I daje mi dłoń, gdy zaczynam tonąć. Gdy zaczyna brakować mi sił.

Jezus czuwa nade mną. Czuwa nad moim życiem i przychodzi, gdy tylko Go potrzebuję. To ode mnie zależy, czy Go przyjmę. Czy posłucham Jego słów i wyjdę z łodzi. Czy zawołam, by mnie ratował, gdy zacznę tonąć. Czy uchwycę Jego dłoń.

Nie zawsze widzę Jezusa. Nie zawsze też potrafię Go rozpoznać, gdy przychodzi. Bo się boję. Skupiam się na swoich problemach. Na falach uderzających a łódź mojego życia. I Go nie widzę.

A On przychodzi. Przychodzi by wejść do mego życia. By uciszyć burze. By rozwiązać moje problemy. Tylko ja muszę Mu na to pozwolić. Jak Piotr muszę zaryzykować i Mu zaufać. Do końca.

A wtedy ci którzy są ze mną w łodzi oddadzą Mu cześć.

Bo On jest!

Dzisiejsza Ewangelia: Mt 14, 22-33

Trzy namioty

„Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. […] A oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: «To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie!» Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli. A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: «Wstańcie, nie lękajcie się!» Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa. ” (Mt 17, 1-3.5-8)

Jezus zabiera mnie na górę. Zna moje lęki, moje słabości. Wie, że nie zawsze wiem jak się zachować, co powiedzieć, a jednak mnie zabiera. Bo chce bym doświadczył Jego chwały.

On idzie by pokazać, że jest Bogiem. Bogiem, który nie dzieli, a łączy. Który chce by moje życie było przepełnione Jego obecnością.

I dlatego chce bym tak jak Piotr, Jakub i Jan był z Nim. Bym mógł oglądać Jego chwałę. Bym już teraz mógł doświadczyć nieba. Nieopisanego piękna. Obecności świętych.

Ale to na Nim mam skupić swój wzrok. Bo to Jezus jest Synem Bożym i tylko On ma moc zabrać mój lęk. Lęk, że nie wypełniam Prawa. Lęk, że nie żyję tak, jak uczą mnie Prorocy. Jezus jest tym, który w sobie skupia Prawo i Proroków, i dlatego nie chce bym budował w sobie namiot Mojżeszowi lub Eliaszowi. On chce bym wstał i podszedł do Niego. Bym wszedł do Jego świątyni, a tam ich spotkam.

Jezus zabiera mnie na górę. Pozwala poznać tajemnicę, której nie rozumiem, bo chce bym Mu uwierzył. Bym bez względu na wszystko trwał przy Nim, nawet jak mi nie wychodzi. Bo tylko tak naprawdę doświadczę nieba, nawet gdy gubię się w drodze do Niego

Jezus – Bóg przychodzi do mnie taki, żebym mógł Go dotknąć. Pochyla się nad moim lękiem, moimi słabościami. A ja już nie muszę ukrywać twarzy. On chce bym patrzył. Bym wpatrywał się w Niego i Jego chwałę. Nawet jeśli nie wszystko rozumiem.

Dzisiejsza Ewangelia: Mt 17, 1-9

Zbawienie

„Jezus opowiedział tę przypowieść: Podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko co miał, i kupił ją” (Mt 13, 45-46)

 

Jezus chce bym był jak kupiec. Chce bym szukał w swoim życiu skarbów. I bym wybrał ten najcenniejszy.

Jego zbawienie.

Bo to jest najcenniejszy skarb, który mogę znaleźć. Tylko ono da mi prawdziwą radość. I pozwoli żyć.

A ja wciąż skupiam się na tych małych perłach, które znajduję. Wciąż kurczowo się ich trzymam. I nie potrafię podjąć ryzyka.

A kupiec zaryzykował. Miał wiele pięknych pereł. Był bogaty, a jednak… Wciąż czegoś mu brakowało. Wciąż szukał. I znalazł… Znalazł i zaryzykował. Był gotowy stracić to, co miał, by zyskać to, co było jeszcze cenniejsze.

I tego uczy mnie Jezus. On chce bym nie bał się ryzykować. Bym był gotowy zrezygnować z moich małych skarbów na rzecz jednego, dużego skarbu – Jego Królestwa.

Bo On chce bym przy końcu świata znalazł się wśród tych, którzy odziedziczą Jego królestwo. On chce bym nie zatracił swego życia, ale bym je naprawdę zyskał. I dlatego cały czas przypomina mi jak cenny skarb ma dla mnie.

Zbawienie!

On wie, że moje życie jest cenne. I chce bym też tak na nie patrzył. Bym widział piękno w moich relacjach, moich zajęciach. Bym żył naprawdę, każdego dnia. Ale chce by to, co jest piękne nie przysłoniło mi jeszcze większego piękna. Piękna życia wiecznego z Nim.

I dlatego chce bym nie bał się ryzykować. Bym potrafił rezygnować z tego, co jest dla mnie drogocenne. Bym nie bał się utracić tego co mam – mojej pracy, moich relacji, moich pieniędzy, moich pragnień – na rzecz królestwa Jezusa.

I przypomina: Kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa. (Łk 9, 24)

Jezus chce bym był jak kupiec. Bym widział piękno w moim życiu, ale bym dążył do piękna jeszcze większego.

Zbawienia!

Dzisiejsza Ewangelia: Mt 13, 44-52