Pójdź za Mną!

„Jezus znowu ukazał się nad Morzem Tyberiadzkim. A ukazał się w ten sposób: Byli razem Szymon Piotr, Tomasz zwany Didymos, Natanael z Kany Galilejskiej, synowie Zebedeusza oraz dwaj inni z Jego uczniów. Szymon Piotr powiedział do nich: <<Idę łowić ryby>>. Odpowiedzieli mu: <<Idziemy i my z tobą>>. Wyszli więc i wsiedli do łodzi, ale tej nocy nic nie złowili. A gdy ranek zaświtał, Jezus stanął na brzegu. Jednakże uczniowie nie wiedzieli, że to był Jezus. On rzekł do nich: Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi. Zarzucili więc i z powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć.” (J 21, 1-4. 6)

10.04.2016

Uczniowie doświadczyli zmartwychwstania Chrystusa. Doświadczyli, ale nadal nie do końca je rozumieli. Nie do końca przyjmowali. I dlatego wrócili do starego życia. A tam doświadczyli nocy. Doświadczyli ciemności. I bezsensu swoich działań (w końcu nic nie złowili)

Ale Jezus i tam ich znajduje. Przychodzi i przynosi nowy dzień. Nową szansę, z której oni korzystają chociaż Go nie rozpoznają.

I do mnie przychodzi Jezus. Spotyka mnie przy moich starych zadaniach. Przy moim starym życiu, do którego wciąż wracam. Przy moim egoizmie. Mojej pysze. Pośród ciemności, w których nic mi się nie udaje.

Przychodzi. Staje na brzegu. Woła. I podpowiada co mam zrobić. Nawet jak nie zawsze Go rozpoznaję.

Bo Jezus chce być ze mną w tym co jest moją codziennością. W tym co jest moim życiem. On chce bym się tam realizował. On chce, bym w ten sposób ogłaszał Jego chwałę. Ale z Nim. Jak uczniowie, którzy byli przecież rybakami.

Jezus przychodzi i pyta: Dziecko, czy masz co na posiłek? (J 21, 5) Pyta, czy udaje mi się to co robię, chociaż wie, że bez Niego sobie nie radzę. Że bez Niego wpadam w ciemność i się gubię, a nawet odwracam się od Jego nauki.

Ale On i tak daje mi kolejną szansę. Przynosi światło. Daje nowy dzień. Daje nową nadzieję. I woła: Pójdź za Mną! (J21, 19)

Bo chce bym budował Jego Kościół. Z Nim!

On przychodzi

„O zmierzchu uczniowie Jezusa zeszli nad jezioro i wsiadłszy do łodzi przeprawili się przez nie do Kafarnaum. Nastały już ciemności, a Jezus jeszcze do nich nie przyszedł; jezioro burzyło się od silnego wiatru.” (J 6, 16 – 18)

09.04.2016

Uczniowie wypłynęli sami. Zostawili Jezusa na górze. I wyruszyli na jezioro.

Nie była to dla nich pierwszyzna. Znali to jezioro jak własną kieszeń. Pływali po nim wielokrotnie. A jednak coś poszło nie tak. Zaskoczyły ich ciemności oraz wiatr.

Lecz Jezus ich nie zostawił. Poszedł za nimi. Pomimo ciemności. Pomimo wzburzonej wody. Doszedł do nich po wodzie.

A oni Go od razu nie rozpoznali. Ujrzeli Go i się przerazili.

Ale Jezus ich uspokoił. Dał im prawdziwy spokój i pozwolił bezpiecznie dopłynąć do celu.

I ja jestem jak uczniowie. Wiele razy wyruszam sam. Idę, bo przecież znam drogę. Przecież tyle razy ją przechodziłem. Znam każdy zakręt. Każde niebezpieczeństwo. I ze wszystkim poradzę sobie sam.

I dlatego zostawiam Jezusa.

Ale nie zawsze jest tak jak to sobie wyobrażam. Nie zawsze wszystko idzie po mojemu. Często fale zalewają moją łódź. Korzenie wiążą moje nogi. A ciemność nie pozwala nic dojrzeć.

Ale wtedy jeszcze wyraźniej mogę poczuć Jego obecność. On przychodzi. Pomimo ciemności i fal. Przechodzi obok, bo chce mi pomóc. Tylko ja nie zawsze Go rozpoznaję.

Bo Jezus nigdy mnie nie zostawia. Jest zawsze przy mnie, nawet gdy wydaje mi się, że jest na górze. Nawet gdy ja sam odbijam od brzegu. On jest i czeka, bo chce mi pomóc. Ale nie chce tego robić na siłę.

On przychodzi, gdy sobie nie radzę. Przychodzi, jak trzeba to po wodzie. Przychodzi pośród moich problemów, trudności, spraw codziennych. Przychodzi w swoim Słowie, a także w drugiej osobie. A ja się Go boję. Boję się Jego interwencji. Boję się Jego obecności.

Bo Go nie wypatruję…

A On przychodzi!

Człowiek z wysoka

„Jezus powiedział Nikodemowi: Kto przychodzi z wysoka, panuje nad wszystkim, a kto z ziemi przychodzi, należy do ziemi i po ziemsku przemawia. Kto z nieba pochodzi, Ten jest ponad wszystkim. Świadczy On o tym, co widział i słyszał, a świadectwa Jego nikt nie przyjmuje” (J 3, 31-32)

07.04.2016

Jezus mówi o sobie. Mówi o swoim posłaniu. O swojej misji. O swoim świadectwie. I swojej relacji Ojcem.

Ale Jezus mówi też o mnie. Bo przecież to ja nie przyjmuję Jego świadectwa. Ciągle się opieram i po swojemu próbuję je interpretować. Ciągle mu nie dowierzam.

I dlatego wciąż jestem przywiązany do ziemi. Wciąż żyję tylko tym co ziemskie. I tutaj szukam szczęścia. I chcę by wszystko było tak jak sobie wymyśliłem. Tak, żeby to mi było wygodnie.

A Jezus zaprasza mnie bym tak jak On był człowiekiem Nieba. Bym tak jak On przychodził na ten świat z wysoka. Bym tak jak On słuchał głosu Boga. Bym mówił Jego słowa. I nimi żył.

Jezus mówi o sobie i chce bym Mu uwierzył. Bym przyjął Jego słowa. Bym naprawdę Nimi żył. Codziennie.

Tylko tak zaświadczę, że Bóg jest prawdomówny. Tylko tak pokażę, że Jezus przyszedł by dać nam życie w obfitości. Tylko tak otrzymam Ducha, którego obiecał.

Bo sam tego doświadczę.

I będę żył tutaj, ale już nie będę z ziemi. Będę z wysoka. Będę z Nieba. I sprowadzę je na ziemię.

Tak jak On. I dzięki Niemu.

On zbawia!

Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony.” (J 3, 17)

06.04.2016

Jezus mnie nie potępia. Nie przekreśla mnie, nawet gdy odwracam się od Niego. On mnie zbawia!

On po to przyszedł by dać mi nową szansę. Codziennie. By dać mi nowe życie. Tylko ja tego nie rozumiem. A przynajmniej nie całkowicie.

Bo tak często próbuję zasłużyć na zbawienie. Próbuję, udowodnić sobie (i Bogu), że świetnie sam sobie radzę. Że przecież, bez Niego też mogę się zbawić. I zawsze się na tym wykładam.

Bo odrzucam wtedy Światło. Światło, które oświetla mi drogę i wskazuje cel mojej wędrówki. Odrzucam je i wybieram ciemność. I błądzę.

Ale Jezus nawet wtedy mnie nie potępia. On mnie podnosi i daje mi kolejną szansę. Przełamuje wszystkie moje ciemności. Rozświetla każdy mój mrok. Bo to On zbawia. Nie ja.

Ale to ja mam pójść za Nim. Ja mam odpowiedzieć na Jego zbawienie swoją postawą. Mam stanąć w Świetle, by zobaczyć swoje życie. By zobaczyć swoje myśli i uczynki. I pielęgnować te dobre, a niszczyć te złe.

Jezus mnie nie potępia. I ja mam nie potępiać. Mam żyć w Świetle i to Światło wskazywać innym. I tym Światłem rozjaśniać im drogę. Rozpalać serca.

Bo tym Światłem jest Jezus. I  tylko w Nim jest zbawienie.

On jest. I czeka!

„Jezus stanął przed niewiastami i rzekł: Witajcie! One podeszły do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. A Jezus rzekł do nich: Nie bójcie się! Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą.” (Mt 28, 9-10)

28.03.2016

Jezus przychodzi niespodziewanie. Przychodzi i po prostu się wita. Tak jak z niewiastami.

On stanął przed nimi, gdy były jeszcze w szoku. Gdy nie dowierzały temu co zobaczyły. I co usłyszały. Zaskoczył je, a one mimo to Go rozpoznały. Rozpoznały i padły Mu do nóg.

Tak samo przede mną Jezus staje. Codziennie. I codziennie mnie zaskakuje swoją obecnością. Codziennie daje mi nową szansę bym Go rozpoznał. Bym spotkał Go żyjącego.

Nawet jak nie jestem gotowy.

Bo On przychodzi. Przychodzi i po prostu się wita.

Bo Jezus jest wciąż obecny w moim życiu. On jest ciągle w ludziach wokół mnie, w różnych sytuacjach, w swoim słowie. Tylko ja nie zawsze Go dostrzegam. Nie zawsze Go rozpoznaję.

I dlatego kolejny raz przypomina, że mam szukać Go właśnie w mojej codzienności. W moich obowiązkach. W mojej rodzinie i przyjaciołach. Jezus tam jest. I cały czas tam mogę Go spotkać.

Nie muszę nigdzie jeździć, by Go znaleźć. Muszę tylko otworzyć swoje oczy. I swoje serce. Tak jak zrobiły to niewiasty.

One się Go nie spodziewały. Nie tam. I nie w tym momencie. A jednak były gotowe na to spotkanie. Ich serca rozpoznały Pana. I dlatego padły Mu do nóg.

I Go posłuchały. I poszły do uczniów. Poszły i ogłosiły, że Jezus żyje.

I takie jest moje zadanie. Jezus przychodzi do mojej codzienności. Trochę niespodziewanie. Trochę z zaskoczenia, ale zawsze w porę. Przychodzi i posyła mnie, bym głosił innym że On żyje. Że On jest. Cały czas. W naszej codzienności.

Nie muszę szukać Go po całym świecie. Nie muszę nigdzie wyjeżdżać. On jest tu gdzie ja. Tu gdzie moi bliscy. Tu gdzie moje radości i problemy. I na mnie czeka (nawet gdy się tego nie spodziewam).

Tak jak na apostołów.

 

 

Nie ma Go

„Piotr wybrał się i pobiegł do grobu; schyliwszy się ujrzał same tylko płótna. I wrócił do siebie, dziwiąc się temu, co się stało. „(Łk 24, 12)

27.03.2016

Pusty grób. Zaglądam i wciąż widzę pusty grób. Płótna i nic więcej.

Nie ma Go.

A przecież sam Go tam złożyłem. Sam oddałem Mu mój grób. A Go nie ma.

I wciąż widzę pusty grób. I się dziwię.

Dziwię się, bo wciąż szukam Jezusa nie tam gdzie trzeba. Nie tam gdzie On jest. Wciąż szukam go w moim grobie. Wciąż do niego zaglądam. Wciąż i wciąż.

A On zmartwychwstał. I nie powinienem się dziwić, bo sam to obiecał. Sam zapowiedział. I chociaż wciąż mi o tym przypomina, to ja się dziwię.

Bo Go nie ma. Nie ma Go w grobie do którego Go złożyłem. Wstał z niego. Wyszedł, razem z moimi grzechami.

Tylko ja nie potrafię w to uwierzyć. Wciąż na nowo szukam Go tam, gdzie Go nie ma. Tam gdzie Go być nie może, bo sam to obiecał.

Jezus zmartwychwstał! Nie ważne, czy w to wierzę. Nie ważne, czy to rozumiem. On wyszedł z grobu. Razem ze wszystkim co tam było. Z tym co mnie zniewala. Z moim grzechem. Wyszedł i żyje.

I dlatego mam szukać Go wśród żywych. Mam szukać Go w swoim życiu. Wśród ludzi, którzy są wokół mnie. W Jego słowie, które wciąż do mnie kieruje. W Jego obietnicach, które wciąż spełnia.

Bo On jest, ale właśnie tu. Tu gdzie jestem ja. Jest i żyje, bo sam to obiecał!

Cena

„Jeden z Dwunastu, imieniem Judasz Iskariota, udał się do arcykapłanów i rzekł: <<Co chcecie mi dać, a ja wam Go wydam>>. A oni wyznaczyli mu trzydzieści srebrników.” (Mt 26, 14-15)

23.03.2016

Judasz zdradził Jezusa. Potraktował Go jak niewolnika. I sprzedał. Za trzydzieści srebrników. Sprzedał, bo czego innego się po Nim spodziewał.

Judasz nie miał skrupułów, bo liczył tylko na zysk. Nie ważne jaki. Oczekiwał, że dzięki Jezusowi będzie miał władzę. A gdy jej nie dostał poszedł do arcykapłanów. Od nich otrzymał przynajmniej pieniądze.

A Jezus o tym wiedział. Wiedział, że Judasz odwrócił się od Niego. Wiedział, że uczeń, którego nazywa przyjacielem, Go zdradził. A mimo to zaprosił go do stołu.

I ja jestem jak Judasz. Wiele razy zdradzam Jezusa. Odwracam się od Niego. Nie rozumiem Jego nauki i nawet nie próbuję zrozumieć. Odrzucam Jego słowa. I Go sprzedaję.

Tylko cena jest inna.

Komputer. Telewizja. Ocena innych. Postawienie na swoim. Strach przed porażką. Przed przyznaniem się do błędu, do swoich słabości. Brak zaufania.

Sprzedaję Jezusa, a On ciągle zaprasza mnie do stołu. Ciągle chce spożywać ze mną Paschę. I siada obok mnie, by zanurzać ze mną rękę w misie. Wciąż nazywa mnie przyjacielem i daje mi kolejną szansę.

Judasz zdradził Jezusa dla pieniędzy. Ja robię to z wielu innych powodów. Ale Jezus nie przestaje mnie kochać (tak jak do końca kochał Judasz). Nie odrzuca mnie, ale wciąż daje mi szansę.

I to ode mnie zależy, czy tak jak Piotr (który de facto też Go zdradził) z niej skorzystam, czy odwrócę się i jak Judasz się potępię.

Bo On mnie nie potępia!

Osiołek

„Gdy Jezus przyszedł w pobliże Betfage i Betanii, do góry zwanej Oliwną, wysłał dwóch spośród uczniów, mówiąc: Idźcie do wsi, która jest naprzeciwko, a wchodząc do niej, znajdziecie oślę uwiązane, którego nikt jeszcze nie dosiadał. Wysłani poszli i znaleźli wszystko tak jak im powiedział. A gdy odwiązywali oślę, zapytali ich jego właściciele: <<Czemu odwiązujecie oślę?>> Odpowiedzieli: <<Pan go potrzebuje>>. I przyprowadzili je do Jezusa, a zarzuciwszy na nie swe płaszcze, wsadzili na nie Jezusa.” (Łk 19, 29-30. 32-35)

20.03.2016

Jezus wybiera osła. Wybiera najbardziej pospolite zwierzę, by na nim wjechać do Jerozolimy. By na nim ukazać się jako król.

Mógł wybrać coś bardziej szlachetnego. Mógł, już w tym miejscu pokazać swój majestat. Swoją potęgę. A jednak wybrał osła. Zwierzę uparte.

I ja jestem podobny do tego osiołka. Często uparty. Nie chcę nikogo słuchać. A do tego zdarza mi się śmierdzieć – moim grzechem.

A mimo to Jezus mnie wybiera. Przychodzi i odwiązuje. Odrywa mnie od tego, co mnie zniewala. Daje mi wolność i chce bym niósł Go tam, gdzie On chce iść. Tam gdzie On chce oddać swoje życie. Za mnie. Za moją rodzinę. Za wszystkich ludzi. Gdzie On chce mnie uszlachetnić.

Ale Jezus zaprasza mnie także bym ogłaszał Jego królowanie. Bym wszystkim głosił Jego chwałę. Chwałę Króla, który ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi (Flp 2, 7). Króla, który nie zasłonił twarzy przed zniewagami i opluciem (Iz 50, 6b).

On wie, że mogę się od Niego odwrócić. On wie, że pewnie nie raz się Go zaprę – jak Piotr. Nie raz zdradzę – jak Judasz. A jednak mnie zaprasza. Zaprasza i daje siłę bym wytrwał. Bym podniósł się z każdego upadku.

Jezus mógł wybrać zwierzę szlachetne. Mógł wybrać osoby pewne, bez skazy. A jednak wybiera mnie. Niepewnego. Upartego. Osiołka.

Tylko czy ja potrafię być tym osiołkiem?

Moja droga do Boga

„Jezus powiedział: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje.” (Mt 16, 24)

12.03.2015

Właśnie wróciłem z Radykalnej Drogi Krzyżowej. Drogi na dystansie kilkudziesięciu kilometrów (w moim przypadku 30), nocą – na kształt krakowskiej EDK.

Przeżyłem rozważania, narastające zmęczenie, ból i chłód. Przeszedłem swój dystans w ciszy. Rozmawiając z Bogiem i walcząc z nawałą myśli.

A wszystko po to, by uświadomić sobie, że wybrałem nie tę drogę.

Bo moją drogą jest rodzina. To w niej mam nieść swój krzyż. Mam wspinać się na Kalwarię i tam umierać. Umierać, by ożywiać tych, których Bóg postawił w moim życiu: żonę i dzieci. Umierać, by samemu zmartwychwstać z Chrystusem.

Bo to w rodzinie mam znajdować Boga. To tutaj mam uczyć się miłości. To dla rodziny mam przyjmować krzyż. To dla niej, mam go wytrwale nieść. Pomimo upadków. Mam przyznawać się do słabości i przyjmować pomoc.

Bo Bóg postawił mnie w tej rodzinie z konkretnych powodów. Nawet jak ich jeszcze nie widzę, nie rozumiem, mam zaufać. Tak jak Chrystus. I razem z Nim mam nieść krzyż na Golgotę.

Dzisiaj przeszedłem RDK (dosłownie parę minut po 4 wróciłem do domu). Przeszedłem, pomimo zmęczenia. Przeszedłem i zakończyłem w domu. Zakończyłem, by znów zacząć.

Ale już inną drogę. Drogę, która nie trwa kilka godzin. Która może wymęczyć bardziej, niż ta nocna. Która może sprawić dużo większy ból, ale daje dużo więcej światła. Drogę, która prowadzi do śmierci. I zmartwychwstania. Do zbawienia.

I chcę nią iść. Dla żony i dzieci. I dla siebie.

Oczywiście z Jezusem!

(nie)Miłosierny ojciec

„Jezus opowiedział faryzeuszom przypowieść: Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy syn zabrawszy swoją część majątku, odjechał w daleki strony i tam roztrwonił swój majątek, żyjąc rozrzutnie. Wtedy zastanowił się i rzekł: Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę. Wybrał się więc i poszedł do swojego ojca.  A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go.” (Łk 15, 11. 13. 17. 20)

06.03.2016

Jezus pozwala mi na nowo spojrzeć na znaną przypowieść. Pozwala dojrzeć postawę, której sam muszę się uczyć.

Bo choć bez problemu odnajduję się zarówno w młodszym, jak i w starszym synu, to Jezus pokazuje mi dzisiaj ojca (a właściwie Ojca). Ukazuje, jak on zachowuje się w tej sytuacji.

Bo nie jest łatwo patrzeć jak dziecko odchodzi. Nie jest łatwo patrzeć, gdy popełnia błędy. Nie jest też łatwo pozwolić na ich konsekwencje. A ojciec to robi. Pozwala, bo szanuje jego wolność. Wie, że dziecko ma do tego prawo.

Ale jeszcze trudniej jest na nie czekać. Czekać,a później przyjąć wracające dziecko. Przyjąć i nie wypominać. Przyjąć i zapomnieć o ranie, którą dziecko zadało. O bólu. O złości.

A Ojciec tak właśnie robi. Przyjmuje syna. Przytula i nie wypomina błędów. Przytula i daje kolejną szansę. Bezwarunkowo.

I ja tego muszę się uczyć. Bo choć moje córki są jeszcze małe, to nie jeden raz przypominam im ich złe zachowanie. To trzymam w pamięci sytuacje, gdy mnie nie posłuchały. Gdy zawiodły pokładane (już) w nich zaufanie.

Ale Ojciec idzie krok dalej. Nie skupia się tylko na wracającym synu. Rozmawia i tłumaczy, gdy starszy syn nie rozumie jego postawy. I pozwala mu na chwile słabości. I go przytula (choć nie dosłownie). I daje mu kolejną szansę, mówiąc: Moje dziecko, ty zawsze jesteś przy mnie i wszystko moje do ciebie należy.

Dziś Jezus mówi znaną przypowieść. Jednak pozwala mi spojrzeć na nią inaczej. Pozwala mi ujrzeć, że nie jestem już tylko synem. Jestem ojcem. I mam uczyć się od Ojca. I Go naśladować.