Lekki ciężar

„Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie” (Mt 11, 28-30)

Jezus mnie zaprasza. Zaprasza bym przyszedł i się przy Nim pokrzepił. Bym wpatrywał się w Niego i naprawdę odpoczął. Zresztą zaprasza nie tylko mnie. On zaprasza wszystkich.

I czyni to pomimo moich grzechów. Czyni to chociaż zna mnie i wie, że moje grzechy są wielkie. Że w oczach ludzi często jestem przekreślony (właśnie przez mój grzech). Że nieraz mój grzech to zgorszenie dla innych. Mimo to On mnie zaprasza. Chce bym do Niego przyszedł i od Niego się uczył. Bym przyjął Jego jarzmo. Jarzmo, które daje prawdziwą wolność.

Ale nie zrobię tego, dopóki będę żył swoją mądrością. Dopóki będę kombinował po swojemu, kalkulował i zastanawiał się czy mi się to opłaca. Bo Jezus swoje prawdy objawia prostaczkom, tym którzy są jak dzieci. Którzy są gotowi wpatrywać się w Niego i z pełną ufnością pójść za Słowem Ojca. Tak jak robią to małe dzieci w stosunku do swoich rodziców (przecież mam córki i widzę, jak one ufają moim słowom, jak są gotowe mnie naśladować – choć nie zawsze wszystko rozumieją).

Dopiero stając się prostaczkiem przyjmę Boże jarzmo. Dopiero wtedy zrozumiem czym ono jest i jaką daje wolność. Dopiero wtedy będę pełen ufności wpatrywał się w Chrystusa i poznam Ojca, bo Jezus mi Go objawi (por. Mt 11, 27).

Bo nie poznam Ojca, dopóki nie poznam Syna. A Syna nie poznam, dopóki sam będę kombinował. Dopóki sam będę zamykał się na Jego słowo. Dopóki będę mądry i roztropny tak bardzo, że nie będę gotów zaryzykować i przyjąć na siebie ciężaru, który daje Jezus. Ciężaru, który nie jest ciężki, bo niesie go ze mną sam Pan – Jezus Chrystus.

Jezu daj mi serce, które będzie proste. Spraw bym potrafił być jak dziecko – pełen ufności i otwarcia na Twoje słowo. Bym chciał wpatrywać się w Ciebie i poznać Twoją drogą. Drogę do poznania Ojca.

Dzisiejsza Ewangelia: Mt 11, 25-30

miłość bez Miłości

„Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je” (Mt 10, 39)

 

Dzisiaj Jezus mnie przestrzega. Przestrzega, bym nie szedł przez życie sam. Bym nie szukał rozwiązania swoich problemów. Nie wymyślał jak mam żyć, co robić, jak reagować na pojawiające się sytuacje. A przynajmniej bym nie robił tego sam.

Bo ja niestety mam taką tendencję. Zamartwiam się o swoje sprawy. Kombinuję co zrobić, jak pokierować swoim życiem by coś osiągnąć. By efekt był zadowalający (oczywiście mnie samego). I wciąż się potykam. Wciąż okazuje się, że moje pomysły nie są idealne. Brakuje im nieraz bardzo dużo, ale i tak w nie brnę. Bo są moje.

I dlatego Jezus przypomina, że On ma już plan. Ma pomysł, by moje życie było udane. By było naprawdę satysfakcjonujące i by prowadziło mnie do prawdziwego, pełnego szczęścia. Ja muszę być tylko gotowy by stracić to co moje. By zrezygnować ze swoich (nawet najlepszych) pomysłów. I dać mu się prowadzić.

Ale najpierw muszę wziąć swój krzyż. Muszę ponieść swoje relacje, obowiązki, sukcesy i porażki. Muszę wziąć na swoje barki to, co stanowi moje życie i z Jezusem wyruszyć na Drogę Krzyżową. Na drogę ku zbawieniu.

Bo On wie, że w moim życiu istnieje miłość bez Miłości. Istnieje miłość która zapomina o tym co najistotniejsze. O tym, co może dać prawdziwe szczęście. Co pozwoli naprawdę żyć. A właściwie o Tym, bo Tym który może to uczynić jest On – Bóg.

Jezus wie, że dopiero miłość zakorzeniona w Nim, prawdziwej Miłości, da mi (i ludziom wokół mnie) prawdziwe szczęście. Pozwoli naprawdę żyć (tu i teraz) i osiągnąć nagrodę (w wieczności). I dlatego przypomina, żebym nie szukał swojego życia, nie budował swojego szczęścia, ale bym przyjął to co On mi daje i do czego mnie zaprasza. Bym wyruszył za Nim, niosąc swój krzyż.

Bo miłość bez Miłości jest możliwa, ale czy ma sens?

 

Dzisiejsza Ewangelia: Mt 10, 37-42

Człowiek z wysoka

„Jezus powiedział Nikodemowi: Kto przychodzi z wysoka, panuje nad wszystkim, a kto z ziemi przychodzi, należy do ziemi i po ziemsku przemawia. Kto z nieba pochodzi, Ten jest ponad wszystkim. Świadczy On o tym, co widział i słyszał, a świadectwa Jego nikt nie przyjmuje” (J 3, 31-32)

07.04.2016

Jezus mówi o sobie. Mówi o swoim posłaniu. O swojej misji. O swoim świadectwie. I swojej relacji Ojcem.

Ale Jezus mówi też o mnie. Bo przecież to ja nie przyjmuję Jego świadectwa. Ciągle się opieram i po swojemu próbuję je interpretować. Ciągle mu nie dowierzam.

I dlatego wciąż jestem przywiązany do ziemi. Wciąż żyję tylko tym co ziemskie. I tutaj szukam szczęścia. I chcę by wszystko było tak jak sobie wymyśliłem. Tak, żeby to mi było wygodnie.

A Jezus zaprasza mnie bym tak jak On był człowiekiem Nieba. Bym tak jak On przychodził na ten świat z wysoka. Bym tak jak On słuchał głosu Boga. Bym mówił Jego słowa. I nimi żył.

Jezus mówi o sobie i chce bym Mu uwierzył. Bym przyjął Jego słowa. Bym naprawdę Nimi żył. Codziennie.

Tylko tak zaświadczę, że Bóg jest prawdomówny. Tylko tak pokażę, że Jezus przyszedł by dać nam życie w obfitości. Tylko tak otrzymam Ducha, którego obiecał.

Bo sam tego doświadczę.

I będę żył tutaj, ale już nie będę z ziemi. Będę z wysoka. Będę z Nieba. I sprowadzę je na ziemię.

Tak jak On. I dzięki Niemu.

Moja droga do Boga

„Jezus powiedział: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje.” (Mt 16, 24)

12.03.2015

Właśnie wróciłem z Radykalnej Drogi Krzyżowej. Drogi na dystansie kilkudziesięciu kilometrów (w moim przypadku 30), nocą – na kształt krakowskiej EDK.

Przeżyłem rozważania, narastające zmęczenie, ból i chłód. Przeszedłem swój dystans w ciszy. Rozmawiając z Bogiem i walcząc z nawałą myśli.

A wszystko po to, by uświadomić sobie, że wybrałem nie tę drogę.

Bo moją drogą jest rodzina. To w niej mam nieść swój krzyż. Mam wspinać się na Kalwarię i tam umierać. Umierać, by ożywiać tych, których Bóg postawił w moim życiu: żonę i dzieci. Umierać, by samemu zmartwychwstać z Chrystusem.

Bo to w rodzinie mam znajdować Boga. To tutaj mam uczyć się miłości. To dla rodziny mam przyjmować krzyż. To dla niej, mam go wytrwale nieść. Pomimo upadków. Mam przyznawać się do słabości i przyjmować pomoc.

Bo Bóg postawił mnie w tej rodzinie z konkretnych powodów. Nawet jak ich jeszcze nie widzę, nie rozumiem, mam zaufać. Tak jak Chrystus. I razem z Nim mam nieść krzyż na Golgotę.

Dzisiaj przeszedłem RDK (dosłownie parę minut po 4 wróciłem do domu). Przeszedłem, pomimo zmęczenia. Przeszedłem i zakończyłem w domu. Zakończyłem, by znów zacząć.

Ale już inną drogę. Drogę, która nie trwa kilka godzin. Która może wymęczyć bardziej, niż ta nocna. Która może sprawić dużo większy ból, ale daje dużo więcej światła. Drogę, która prowadzi do śmierci. I zmartwychwstania. Do zbawienia.

I chcę nią iść. Dla żony i dzieci. I dla siebie.

Oczywiście z Jezusem!

Zaufać

„Jezus powiedział: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka znajduje; a kołaczącemu otworzą.” (Mt, 7, 7-8)

18.02.2016

Przyzwyczaiłem się do tych słów. Często odwołuję się do nich. Przypominam je w codziennych sytuacjach. Tych najbardziej prozaicznych.

Jednak zapominam, że dotyczą one mojej relacji z Bogiem. Zapominam, że Jezus w ten sposób opisał moją modlitwę. A właściwie to, jak ona powinna wyglądać.  I obiecał, że będzie dokładnie tak, jak On mówi.

Zapominam, bo często boję się, że jednak nie będzie tak jak Jezus powiedział. Boję się, że nie otrzymam tego, o co proszę. Że Bóg nie posłucha mego głosu. Nie usłyszy pukania.

Zapominam, bo wciąż za mało ufam. Wciąż podchodzę do Boga z lękiem. Wciąż patrzę na Niego podejrzliwie. Nie widzę w nim kochającego Ojca. I boję się, że nie będzie chciał mojego dobra.

I dlatego Jezus przypomina mi, ojcu, że ja chcę dobra dla moich córek. Że, chociaż wciąż jest we mnie dużo egoizmu, wsłuchuję się w ich prośby. I chcę je spełnić. I chcę dać im to co najlepsze.

A przecież Bóg ma większą miłość od mojej. On sam jest Miłością i na pewno nie chce dla mnie źle. I na pewno chce mego dobra. I troszczy się o mnie. Tylko ja nie zawsze to rozumiem. Nie potrafię przejść ponad moją wyobraźnią. Ponad moimi pragnieniami. Moimi zachciankami.

Dlatego Jezus przypomina, bym wytrwale prosił. Bym nie ustawał, choć nie zawsze widzę rezultat natychmiast. Choć może mi się wydawać, ze efekt jest inny, niż to sobie wyobrażam. Bo On na pewno odpowie. Chociaż ja, nie zawsze Go zrozumiem.

Ale mam zaufać. Bo przecież Bóg chce mojego dobra. I nic tego nie zmieni!

Przyjąć Słowo

„Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. […] Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli.” (J 1, 1. 11)

03.01.2016

Jezus przychodzi. Przez ostatnie dziesięć dni Kościół w sposób szczególny przypomina mi tę prawdę. Przypomina, że Słowo stało się ciałem.

Ale czy w moim życiu?

Bo Jezus przychodzi do mnie, jak do swojej własności. Przychodzi ze swoim Słowem. Przychodzi, by ofiarować mi swoje łaski. Przychodzi bym stał się dzieckiem Bożym.

Ale to ode mnie zależy czy Go przyjmę. Ode mnie zależy co z tym wszystkim zrobię. Co uczynię ze Słowem, które przychodzi.

Bo mogę je odrzucić. Mogę spojrzeć i wrócić do swego życia. Swoich żali. Swojej zazdrości i nienawiści. Swego egoizmu.

Ale Bóg zaprasza mnie bym przyjął Jego Słowo. Bym przyjął je ze wszystkim co Ono niesie. Bym się w Nie wsłuchał i pozwolił Mu się przemieniać. Nie tylko od czasu do czasu, ale stale. Nie tylko w święta, ale codziennie.

Bo bez Boga nic nie mogą osiągnąć. On przychodzi w swoim Słowie i daje życie. Życie, które mam zanieść innym. On daje światłość, która rozjaśnia wszystkie ciemne miejsca w moim życiu. On daje łaski, bym mógł wzrastać w miłości do Niego i innych (także tych, którzy mnie odrzucają). I bym pomógł wzrastać innym.

Tak jak Jan, który „przyszedł na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego.” (J 1, 7) On zaświadczył bo uwierzył, bo przyjął Słowo i Nim żył.

Ale czy ja Je przyjąłem?

Być prorokiem

„Gdy Rodzice przynieśli Dzieciątko do świątyni, była tam prorokini Anna […] Sławiła ona Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy.” (Łk 2, 36a. 38)

30.12.2015

Bóg chce bym był prorokiem.

I dlatego dzisiaj stawia przed moimi oczami Annę. Wskazuje, jak żyć by właśnie takim się stać. Bym tak jak ona służył Mu. I mówił o Nim wszystkim.

Nie muszę przepowiadać przyszłości. Nie muszę znać tajemnic. Muszę tylko otworzyć się na Niego. I Jego działanie.

Bo Anna tak właśnie żyła. Służyła Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą (Łk 2, 37b). Ona głosiła Boga swoim życiem. Mówiła o Tym, który nadchodzi. Który ma wyzwolić Jerozolimę. I cały Izrael.

Bóg chce bym był prorokiem.

Bym zatrzymał się jak Anna. Bym nie rozstawał się z Bogiem (w końcu jestem świątynią). Bym służył Mu, tak jak ona.

A wszystko po to, bym tam gdzie jestem sławił Jego imię. Bym był Jego świadkiem. Bym zawsze żył z Nim. I Nim.

I bym dawał nadzieję, wszystkim, którzy tego potrzebują.

Tylko tak naprawdę ogłoszę Jego przyjście. Tylko tak pokażę innym, gdzie Go szukać.

Bez tajemnic. Bez proroctw. Bez przepowiedni.

Tylko postem, modlitwą i życiem. Jak Anna!

Bo Bóg chce bym był prorokiem. Nawet bez proroctw.

Święta rodzina

„Rodzice Jezusa chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego Rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go.” (Łk 2, 41 – 45)

27.12.2015

Bóg dał mi rodzinę. Dał mi żonę i dzieci, ale także rodziców i rodzeństwo. Bóg dał mi rodzinę. I zadanie.

Bo Bóg chce bym właśnie w rodzinie Go szukał. Bym Go odnalazł wśród tych, z którymi żyję. Którzy są ze mną niemal non stop.

Ale także ja mam im Go pokazywać. Mam iść z nimi z Jeruzalem. Mam z nimi się modlić i uczyć miłości do Boga. I do siebie nawzajem.

Mam ich zawrócić, gdy oddalą się od Boga. Gdy zaczną Go szukać, nie tam gdzie powinni. Mam im wskazać drogę. Jak Jezus, który został w Jerozolimie, w tym co należy do Ojca. (Łk 2, 49b)

Ale mam też ich słuchać gdy sam zbłądzę. Gdy sam ominę Bożą drogę. Gdy pójdę dalej bez Niego.

Bo Bóg dał mi rodzinę. Nie tylko po to, bym miał do kogo się odezwać. Nie tylko po to, by mnie miał kto karmić. Bóg dał mi rodzinę, bo chciał, bym od niej uczył się Jego. I bym sam im Go pokazywał.

I Bóg dał mi Świętą Rodzinę. Dał Mi Jezusa oraz Maryję i Józefa. By byli dla mnie wzorem. Bym uczył się od nich zaufania Bogu, odwagi w przyjęciu Jego słowa. I posłuszeństwa.

Bóg dał mi Świętą Rodzinę. Bym sam zbudował świętą rodzinę. Z Nim!

 

Ostatnia prosta

„Zachariasz został napełniony Duchem Świętym i prorokował, mówiąc: <<Z wysoka Wschodzące Słońce nas nawiedzi, by zajaśnieć tym, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają, aby nasze kroki zwrócić na drogę pokoju>>.” (Łk 1, 67. 78b-79)

24.12.2015

Jeszcze tylko ostatni prezent. Ostatnia potrawa. Ostatnie porządki. Ciągła gonitwa. Za czym? Po co?

STOP!

Tak się nie da. Przecież nie o to chodzi.

Dzisiaj Bóg wzywa mnie bym się zatrzymał. Bym zwolnił, bo przede mną ostatnia prosta. Ostatni odcinek, ale jak istotny. I jak trudny.

Bo na końcu dojdę do Wschodu Słońca. Do Boga, który przychodzi. By Go ujrzeć. Ale czy na pewno?

I właśnie po to Bóg daje dzisiejszy wieczór. Daje czas wyciszenia. Czas zatrzymania. Daje szansę, bym nie przegapił nadchodzącego Pana.

Tak jak nie przegapił Go Zachariasz. On, któremu właśnie urodził się syn. Któremu wywróciło się do góry nogami życie (wie to każdy ojciec) staje i zaczyna prorokować. Zaczyna wielbić Boga, bo wie, że to wszystko ma w Nim sens. Że to wszystko jest Jego dziełem. I Jego darem. I jest spokojny.

A ja łatwo wpadam w popłoch. Śpieszę się, by załatwić wszystkie sprawy. By wszystko było tak jak należy. A i tak zawsze coś pominę. Coś opóźnię. Coś zawalę.

A Bóg przychodzi. Jak Wschodzące Słońce. Po każdej nocy. By dać światło. By rozjaśnić wszystkie mroki mojego życia. I uspokoić moje kroki.

Ja muszę tylko Go wypatrywać. I oczekiwać. Jak Zachariasz.

Zaufaj

„Gdy Jezus podniósł oczy, zobaczył, jak bogaci wrzucali swe ofiary do skarbony. Zobaczył też, jak uboga jakaś wdowa wrzuciła tam dwa pieniążki, i rzekł: Prawdziwie powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła więcej niż wszyscy inni.” (Łk 21, 1-3)

23.11.2015

Dziwna jest logika Jezusa. Zachowuje się tak, jakby nie umiał liczyć. A może nie chce umieć?

Bo Jezus przygląda się temu, co ludzie ofiarują na świątynię. Przygląda się i widzi ubogą wdowę. Widzi, jak wrzuca dwa pieniążki. Niewiele w zestawieniu z tym co wrzucają inni. Ale nie dla Niego.

Bo Bogu nie chodzi o ilość. Nie chodzi o to, bym prześcigał się w tym, ile to ja Bogu ofiarowałem. Ile czasu poświęciłem. Ile (zbywających mi) minut poświęciłem na modlitwę.

Bóg chce bym był jak ta wdowa. Bym zaufał Mu do końca. Bym dał Mu to co mam (nieważne ile tego będzie). Bo wdowa nie mogła dać więcej. Nie mogła bo nie miała. I dlatego dała najwięcej.

A ja? Ile tak naprawdę daję Bogu? Czy potrafię zaufać Mu bezgranicznie? A może łatwiej wydzielam Mu to, co mogę dać. Pozwalam Mu królować, ale tylko tam gdzie mi jest to wygodne.

Dziwna jest Boża logika. Całkiem inna od mojej. Bo On nie chce, bym szukał na siłę jak dać więcej od innych. Bym wyrzucał sobie, że dałem Mu za mało. On chce, bym dał Mu tyle ile mam. Bym dał mu swój brak czasu. Swój pośpiech. Swój niedostatek. Bym zaprosił Go do wszystkiego co robię.

I dlatego uboga wdowa staje się wzorem. Bo zaufała. I dała to co miała. Choć miała niewiele.