Nie ma Go

„Piotr wybrał się i pobiegł do grobu; schyliwszy się ujrzał same tylko płótna. I wrócił do siebie, dziwiąc się temu, co się stało. „(Łk 24, 12)

27.03.2016

Pusty grób. Zaglądam i wciąż widzę pusty grób. Płótna i nic więcej.

Nie ma Go.

A przecież sam Go tam złożyłem. Sam oddałem Mu mój grób. A Go nie ma.

I wciąż widzę pusty grób. I się dziwię.

Dziwię się, bo wciąż szukam Jezusa nie tam gdzie trzeba. Nie tam gdzie On jest. Wciąż szukam go w moim grobie. Wciąż do niego zaglądam. Wciąż i wciąż.

A On zmartwychwstał. I nie powinienem się dziwić, bo sam to obiecał. Sam zapowiedział. I chociaż wciąż mi o tym przypomina, to ja się dziwię.

Bo Go nie ma. Nie ma Go w grobie do którego Go złożyłem. Wstał z niego. Wyszedł, razem z moimi grzechami.

Tylko ja nie potrafię w to uwierzyć. Wciąż na nowo szukam Go tam, gdzie Go nie ma. Tam gdzie Go być nie może, bo sam to obiecał.

Jezus zmartwychwstał! Nie ważne, czy w to wierzę. Nie ważne, czy to rozumiem. On wyszedł z grobu. Razem ze wszystkim co tam było. Z tym co mnie zniewala. Z moim grzechem. Wyszedł i żyje.

I dlatego mam szukać Go wśród żywych. Mam szukać Go w swoim życiu. Wśród ludzi, którzy są wokół mnie. W Jego słowie, które wciąż do mnie kieruje. W Jego obietnicach, które wciąż spełnia.

Bo On jest, ale właśnie tu. Tu gdzie jestem ja. Jest i żyje, bo sam to obiecał!

Przyjąć Słowo

„Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. […] Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli.” (J 1, 1. 11)

03.01.2016

Jezus przychodzi. Przez ostatnie dziesięć dni Kościół w sposób szczególny przypomina mi tę prawdę. Przypomina, że Słowo stało się ciałem.

Ale czy w moim życiu?

Bo Jezus przychodzi do mnie, jak do swojej własności. Przychodzi ze swoim Słowem. Przychodzi, by ofiarować mi swoje łaski. Przychodzi bym stał się dzieckiem Bożym.

Ale to ode mnie zależy czy Go przyjmę. Ode mnie zależy co z tym wszystkim zrobię. Co uczynię ze Słowem, które przychodzi.

Bo mogę je odrzucić. Mogę spojrzeć i wrócić do swego życia. Swoich żali. Swojej zazdrości i nienawiści. Swego egoizmu.

Ale Bóg zaprasza mnie bym przyjął Jego Słowo. Bym przyjął je ze wszystkim co Ono niesie. Bym się w Nie wsłuchał i pozwolił Mu się przemieniać. Nie tylko od czasu do czasu, ale stale. Nie tylko w święta, ale codziennie.

Bo bez Boga nic nie mogą osiągnąć. On przychodzi w swoim Słowie i daje życie. Życie, które mam zanieść innym. On daje światłość, która rozjaśnia wszystkie ciemne miejsca w moim życiu. On daje łaski, bym mógł wzrastać w miłości do Niego i innych (także tych, którzy mnie odrzucają). I bym pomógł wzrastać innym.

Tak jak Jan, który „przyszedł na świadectwo, aby zaświadczyć o światłości, by wszyscy uwierzyli przez niego.” (J 1, 7) On zaświadczył bo uwierzył, bo przyjął Słowo i Nim żył.

Ale czy ja Je przyjąłem?

Muszę Go rozpoznać!

„Gdy Jezus przechodził, szli za Nim dwaj niewidomi, którzy wołali głośno: <<Ulituj się nad nami, Synu Dawida!>> A Jezus ich zapytał: Wierzycie, że mogę to uczynić?” (Mt 9 27-28)

04.12.2015

Jezus przechodzi przez moje życie. Codziennie się w nim pojawia i chce, bym Go rozpoznał. Bym tak jak niewidomi zatrzymał Go. Bym otworzył przed Nim swoje serce.

I  pyta o moją wiarę. Pyta czy wierzę, że On jest. Że ciągle czuwa nad moim życiem i w Nim wszystko jest możliwe.

Bo ja często o tym zapominam. Troszczę się o wiele, dbam o swoje codzienne sprawy, ale nie dostrzegam Boga, który przechodzi. Widzę, ale nie to co trzeba.

A Jezus przychodzi by uzdrowić moje spojrzenie. Bym mógł widzieć więcej. I nie chodzi o mój wzrok fizyczny. On chce uzdrowić moją wiarę. Chce uzdrowić moje serce, które wciąż widzi tylko siebie.

I dlatego wciąż pyta o moją wiarę. On chce bym uświadomił sobie, że bez Niego tkwię w ciemności. Tak jak niewidomi. Ale tak jak Oni mam szansę przejrzeć. Codziennie. Muszę tylko zaufać i uwierzyć.

A wtedy Bóg sprawi, że ujrzę Jego obecność. Ujrzę świat takim, jakim On go widzi. Zobaczę Jego obecność tam, gdzie wcześniej Go nie widziałem. Zobaczę… bo On uleczy mój wzrok.

Jezus przechodzi i pyta o moją wiarę. Tylko czy ja Go nie przegapię? Czy go dostrzegę i pozwolę wpuścić światło do mojego życia?

A może zamknę się w swojej ciemności i wciąż będę czekał. Będę wypatrywał tego, który Jest cały czas przy mnie. Który chce bym Go rozpoznał w swojej codzienności.

A wtedy On uzdrowi mój wzrok. Ja muszę tylko zawołać jak niewidomi. I uwierzyć!

Zaryzykuj

„Gdy Jezus wchodził do pewnej wsi, wyszło naprzeciw Niego dziesięciu trędowatych. Zatrzymali się z daleka i donośnym głosem zawołali: <<Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami!>> Na ich widok rzekł no nich: Idźcie, pokażcie się kapłanom! A gdy szli, zostali oczyszczeni. (Łk 17, 12 – 14)

11.11.2015

Jezus jest znowu w drodze. Cały czas przechodzi przez ścieżki ludzkiego życia. Idzie i naucza. Idzie i uzdrawia.

I w tej drodze spotykają Go trędowaci. Ludzie, którzy byli wykluczeni ze społeczeństwa. Którzy nie mogli się do nikogo zbliżać i czekali tylko na śmierć. Albo cud. I tego cudu się spodziewali.

Oni wiedzieli, że Jezus uzdrawia. Nawet do nich doszły nowiny o cudach, których dokonał. I dlatego wyszli mu naprzeciw. Wyszli i zawołali o pomoc.

A On kazał im iść do kapłanów. Po ludzku spławił ich. Zostawił ich z chorobą. Z problemami. I powiedział: Idźcie, pokażcie się kapłanom! Tym, którzy wykluczyli was poza społeczeństwo. Bo zgodnie z żydowskim prawem, tylko oni mogli stwierdzić czy ktoś jest zdrowy, czy nie.

Jak mogli poczuć się trędowaci? Jak ja poczułbym się w tej chwili? Przecież oni czekali na cud. Na konkretny gest. Konkretne działanie. A Jezus ich zostawił. Kazał im odejść.

I oni to zrobili. Zaufali słowom Jezusa. I poszli. Tak jak im kazał. I wtedy zdarzył się cud. Wszyscy zostali uzdrowieni. Tak jak prosili.

Bo Jezus chce bym na Jego słowo ryzykował. Bym jak trędowaci szedł, chociaż nie widzę sensu. Bym tak jak Piotr zarzucał sieci tam, gdzie wcześniej nic nie złowiłem. Bym zaufał, że Pan mnie nie oszuka. Nie zostawi.

A ja mimo wszystko ciągle czekam na konkretny znak. Na coś spektakularnego. Tu i teraz. I nie chcę ryzykować. I boję się zaufać. Boję się, że się wygłupię.

Bo przecież trędowaci mogli się wygłupić. Mogli dojść do Jerozolimy i od kapłanów dowiedzieć się, że wciąż nie są oczyszczeni. Mogli w drodze sami to rozpoznać. A jednak zaryzykowali. I poszli.

Dziś Jezus uzdrawia trędowatych. Uzdrawia i pokazuje, że wiara to zaufanie. Zaufanie w każde Jego słowo. Nawet gdy po ludzku może się ono wydawać niezrozumiałe. Nawet gdy w pierwszej chwili nie będę widział sensu, ani efektu.

Jezus chce bym tak jak oni ryzykował. Bo On mnie nigdy nie wystawi. Choć czasami tak może się wydawać.

***

Dziesięciu trędowatych zostało uzdrowionych. Ale tylko jeden z nich wrócił. Wrócił i podziękował. Wrócił i oddał Bogu chwałę. Za cud. Za uzdrowienie. Za wysłuchanie jego prośby. Wrócił, bo wiedział, że to było Bożym darem. Dla niego i jego dziewięciu towarzyszy.

Czy o tym pamiętam?

Wyznanie

„Widząc to Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: <<Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny>>.” (Łk 5, 8)

01.11.2015

Dzisiaj będzie trochę inaczej. Nie będzie ewangelii z dnia, ale słowa, które usłyszałem tydzień temu na koniec rekolekcji. A które, cały czas pobudzają moje myślenie.

Ale po kolei. Tydzień temu wraz z żoną byłem na rekolekcjach małżeńskich. Piękny czas, w którym niemal non stop (rekolekcje zbudowane były na zasadzie rekolekcji ignacjańskich) słuchaliśmy Słowa Bożego, a ono do nas przemawiało. Czas, który uświadomił mi jak daleko jestem od Słowa. Jak bardzo ślizgam się po Jego powierzchni.

Ostatnim zaproponowanym tam fragmentem była Ewangelia wg. św. Łukasza (a dokładniej Łk 5, 1-11). Fragment, który wraz z całym tygodniem uświadomił mi, że nie jestem jak tłum, który „cisnął się do Jezusa, aby słuchać słowa Bożego” (Łk 5, 1). Który pokazał, że to nie przeszkadza Jezusowi by do mnie mówić. Tak jak mówił do Piotra, który przecież stał obok i czyścił sieci.

I do mnie też tak przychodzi. I wchodzi do moich porażek, tak jak wszedł do pustych łodzi Piotra i jego towarzyszy. I korzysta z tego co mi nie wychodzi, by głosić Słowo.

Jezus przychodzi i widzi moją porażkę, jaką jest zaniedbanie Jego Słowa. I widzi moje chęci naprawienia wszystkiego samemu. I wie ile razy już próbowałem. Ile razy poległem, a ile razy mi się udało. On to widzi, przychodzi i mówi: Wypłyń na głębię i zarzuć sieci na połów! (Łk 5,4). Wie, że po ludzku nie potrafię już nic zrobić. Wie, że chciałbym się poddać. Ale, wie też, że to Jego Słowo ma moc. To On jest Panem. Także moich porażek.

Ale to ode mnie zależy co z tym zrobię. Mogę jak Piotr zaufać i zarzucić sieci. Może na odczepnego. Może po to, by udowodnić Mu (i sobie), że to nic nie zmieni. Ale zarzucić, bo On tak mówi.

Mogę też zapomnieć o Jego Słowach. I pójść dalej swoją drogą. On to uszanuje. Ale będzie blisko.

Jednak gdy zaufam, efekt mnie zaskoczy. Jak? Tego nie wiem. Ale On wie. I co wtedy? Mogę tylko za Piotrem wyznać: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny.” (Łk 5, 8)

Ale On nie odejdzie. Zostanie i powie: Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił. (Łk 5, 10)

***

Dzisiaj jest dzień Wszystkich Świętych. Dzień tych, którzy pomimo swych wad, swoich grzechów, swoich przyzwyczajeń zaufali. Poszli za głosem Jezusa, jak Piotr. Zarzucili sieci tam, gdzie wcześniej ponieśli porażkę. I wygrali. Bo w nich wygrał Pan.

Czy potrafię zaryzykować tak jak oni?

 

Zbawienie

„Jezus powiedział do Nikodema: Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony.” (J3, 17)

14.09.2015

Jezus przychodzi by mnie zbawić. Przychodzi by na krzyżu cierpieć dla mnie. I za mnie. Po to bym miał życie. I robi to całkowicie za darmo. Z miłości.

Ja nie muszę zasłużyć na Jego zbawienie. Co więcej, nie mogę na nie zasłużyć. Nie dam rady, bo wciąż popełniam błędy. Wciąż odwracam się od Boga i Jego nauki.

A jednak On przychodzi. Przychodzi i daje zbawienie. Ja muszę tylko uwierzyć. Przyjąć je tak, jak przyjmuje się prezent. On dopełni resztę.

Jezus przychodzi by mnie zbawić. Nie przychodzi by mnie potępiać. Ja sam to robię. Wyrzucam sobie, że nie jestem wystarczająco dobry. Że nie zasługuję na Jego zbawienie.

Ale potępiam nie tylko siebie. Tak łatwo potępiam innych. Nie daję im szans na zbawienie, bo w moich oczach nie są wystarczająco dobrzy by na nie zasłużyć. Bo przecież nie wierzą (jeszcze). Nie wypełniają przykazań. Co więcej, krytykują je i świadomie odrzucają. I dlatego ich potępiam.

Ale nie Jezus. On przychodzi by ich zbawić. Bez względu na to kim są i gdzie są. Tak jak i mnie. Bo przecież nie jestem lepszy od tych, których potępiam.

I robi to całkowicie za darmo. Z Miłości!

***

A mnie wybiera bym wskazał innym zbawienie. Bym przyciągnął do Niego jak najwięcej osób, którym On da życie. Bym był tym, który tak jak On nie potępi, ale zbawi. Jego zbawieniem.

Nadmiar

„Na weselu w Kanie Galilejskiej stało sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Jezus rzekł do sług: Napełnijcie stągwie wodą! I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu! Oni zaś zanieśli” (J 2, 6-8)

26.08.2015

Gdy na weselu zabrakło wina Maryja to zauważyła. Zauważyła i zareagowała. Tak jak reaguje dzisiaj. Zareagowała, bo się o nas troszczy. I zwróciła się do syna.

A On, chociaż w pierwszej chwili odmówił, pomógł. Pomógł, bo prosiła Go o to Matka.

I dlatego kazał sługom napełnić stągwie. Sześć stągwi. Każda po około 100 litrów pojemności. A oni napełnili. Napełnili po brzegi. Napełnili, chociaż było to szaleństwem. Chociaż wiedzieli, że mogą się wygłupić. To jednak zaufali.

Bo Jezus chce byśmy Mu ufali. A wtedy da nam to, czego potrzebujemy. A nawet jeszcze więcej. Tak jak w Kanie Galilejskiej.

Tam nikt nie spodziewał się 600 litrów wina. To była, patrząc po ludzku, zbędna rozrzutność. Pewnie jedna stągiew by wystarczyła. A nawet i jej byłoby za dużo.

Ale wpierw słudzy musieli zaryzykować. Musieli pójść za głosem Jezusa. Musieli zrobić jeden (wcale niemały) gest. Ale gdy go zrobili zaczęło się dziać.

Woda stała się winem. I to nie byle jakim. Starosta był zachwycony. Wesele zostało uratowane. Radość przywrócona.

Bo Jezus chce dawać radość. Nie tylko jej namiastkę. On chce dawać pełnię radości. I dlatego daje więcej, niż oczekuję. Więcej, niż na to zasługuję.

Ja muszę tylko zaufać. I zaryzykować. Jak słudzy.

***

Dziś Jezus ukazuje mi także swoją Matkę. Pokazuje tę, której słowo ma dla Niego tak wielkie znaczenie. Która wstawia się za mną, gdy mi brakuje sił. Gdy brakuje radości.

I uczy: „Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie.” (J2, 5b) Bo wie, że to jedyna droga do pełni. I szczęścia. Prawdziwego.

Przecież sama nią przeszła.

Największy

” Jezus przywołał dziecko, postawił je przed uczniami i rzekł: Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.” (Mt 18, 2-3)

11.08.2015

Chcę być zbawiony. Chcę wejść do królestwa niebieskiego. Chcę… ale wciąż własnymi siłami.

A Jezus dzisiaj pokazuje drogę. Pokazuje, jak przyjąć to co On oferuje. Jak osiągnąć to, czego tak bardzo pragnę. Jak stać się największym.

I wskazuje, że nie muszę być gigantem. Nie muszę… Ale muszę stać się dzieckiem. Muszę być bezbronny wobec innych. Wobec Boga. Zaufać. Dokładnie tak jak małe dziecko.

Dopiero wtedy będę mógł myśleć o królestwie niebieskim. Dopiero w ten sposób, będę na nie gotowym. Bo tam nie ma miejsca na kalkulowanie. Nie ma miejsca na ciągłe szukanie swoich dróg.

Jest za to miłość. Miłość, która nie wybiera. Która nikim nie gardzi. Nikogo nie potępia. Tak jak Bóg, który chce ocalić każdego. Którego wolą nie jest żeby zginęło jedno z tych małych. (Mt 18, 14b)

A ja ciągle tak nie potrafię. Ciągle kalkuluję po swojemu. Ciągle dzielę ludzi na tych lepszych i gorszych. Tych, którzy zasługują na moją uwagę i tych, którzy nie są jej warci. Ciągle, nie potrafię stać się dzieckiem. Nie potrafię… do tego dorosnąć.

A Jezus ciągle mnie szuka. Jak tej zaginionej owcy. Bo On chce, bym trafił tam, gdzie On mnie zaprasza. Ja tylko muszę przestać się opierać. Muszę przestać myśleć po swojemu. Przestać kalkulować i ufać swoim siłom. Muszę uczyć się od swoich dzieci. I tak jak one zaufać Ojcu. Bezgranicznie!

Potęga (nie)wiary

„Jezus rzekł: Zaprawdę powiadam wam: Jeśli będziecie mieć wiarę jak ziarnko gorczycy, powiecie tej górze: „Przesuń się stąd tam!”, a przesunie się. I nic niemożliwego nie będzie dla was.” (Mt 17, 20)

08.08.2015

Nie wierzę. Po dzisiejszych słowach Jezusa mogę śmiało powiedzieć: Nie wierzę. I nie potrafię uwierzyć. Chociaż próbuję. Chociaż po ludzku się staram.

Nie wierzę, bo gdybym wierzył nic nie byłoby dla mnie niemożliwe. Gdybym tylko wierzył… Gdybym pozwolił mojej wierze urosnąć do ziarnka gorczycy. Do najmniejszego ziarnka na świecie.

Bo taka wiara wystarczy by przenosić góry. Dosłownie i w przenośni. By zmieniać to, co wydaje się nie do zmienienia. Gdzie teraz widzę tylko porażkę.

Nie wierzę. A jednak Bóg sprawia to, o co proszę. Działa cuda, chociaż mi brakuje wiary. I mi pozwala ich doświadczać. Codziennie. Chociaż ja wciąż mam wątpliwości. Wciąż się boję. I bardziej ufam sobie.

Bo On chce mi pomagać. Tak jak Jezus pomagał tym, którzy do Niego przychodzili. Tym, którym nie potrafili pomóc Jego uczniowie. Bo brakowało im wiary.

Nie wierzę, a jednak Bóg działa w mojej niewierze!

A co mógłby uczynić gdybym miał wiarę? Przynajmniej taką jak ziarnko gorczycy…

***

Jezu przymnóż mi wiary! Bo bez niej sobie nie radzę!

Poniżenie

„Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: << Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha >>. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to podeszli Jego uczniowie i prosili Go: << Odpraw ją, bo krzyczy za nami! >>” (Mt 15, 21-23)

05.08.2015

Trudny jest dzisiejszy fragment. Trudny bo pokazuje kobietę odrzuconą. A jednak uparcie kroczącą za Jezusem.

Kobieta kananejska przyszła by prosić o pomoc. Przyszła i została chłodno przyjęta. Została odrzucona. Uczniowie prosili, by Jezus ją odprawił. By ją przegonił, bo nie chcieli jej słuchać.

I ja jestem często takim uczniem. Nie chcę by inni mi przeszkadzali w mojej relacji z Jezusem. Denerwuję się, gdy ktoś przy mnie woła o pomoc. Gdy domaga się uwagi od Boga. Gdy odwraca uwagę Boga ode mnie.

Chcę zagarnąć Boga dla siebie. Nie chcę się nim dzielić. Zwłaszcza z tymi, którzy Go odrzucają. Którzy w moim mniemaniu nie zasługują na Jego uwagę.

Tak jak kobieta kananejska. Ale ona się nie poddała. Prosiła o pomoc, nawet gdy Jezus jej powiedział: Niedobrze jest zabrać chleb dzieciom, a rzucić psom. (Mt 15, 26) Gdy po prostu ją obraził.

I dlatego otrzymała to, o co prosiła. Bo wiedziała, że na to nie zasługuje. A jednak wierzyła. Wierzyła, że Bóg kocha ją pomimo ludzkiej niechęci. Że nie zostawi jej samej.

I dlatego ten fragment jest trudny. Bo odsłania moją niewiarę. Moje przywiązanie do tradycji. Do ludzkiego oceniania. Mój egoizm.

Kobieta kananejska nie bała się poniżenia. Bo wierzyła. A ja mogę od niej tylko się uczyć!